Dzień 3. cz. 1 – "Poznajemy Setubal"

Podczas nocnego przypływu woda faktycznie podeszła tak wysoko, że jej lustro było niewiele niżej niż nasz namiot, jednak całą noc przespaliśmy bez problemów, „susi i zdrowi”. Odpoczywaliśmy tak długo, że na plaży po za rybakami zaczęli pojawiać się ludzie, chodź pogoda nie za bardzo zachęcała do kąpieli, a nas na dobre obudził deszcz i z przerażeniem spoglądaliśmy na nasz namiot i myślach mając jedno: „żeby tylko nie przeciekł”. W końcu ulewa była krótka, jednak zdążyła zmoczyć nasz dom dość solidnie i czym prędzej przetransportowaliśmy się pod dach jakiegoś baru, który był jeszcze zamknięty w „oczekiwaniu” na więcej, które na szczęście się nie pojawiło.

Tak wyglądało niebo po pobudce

Przez parę kolejnych godzin suszyliśmy namiot, ciuchy, Monika nawet chciała wykąpać się w oceanie – jednak ostatecznie skończyło się na spacerze po plaży, podziwianiu krajobrazów (trzeba przyznać, że plaża na której spaliśmy otoczona górami i nisko zawieszonymi chmurami, które ciągle zwiastowały najgorsze, wyglądała bardzo ładnie). Zanim jednak ruszyliśmy w dal brzegiem morza, parę metrów od nas przechodziła jakaś para. Jedyne co z ich konwersacji usłyszałem to „fala com ele” co w sensownym tłumaczeniu będzie oznaczało „pogadaj z nim”. W pierwszej chwili obawiałem się, że to właściciele łódki o którą opieraliśmy nasze ciuchy, jednak okazało się, że nie. Kobieta, która do nas podeszła była Polką i od 4 lat mieszka w Portugalii. Więc będąc szczerym… zaskoczyła nas bo rodaków to raczej się tam nie spodziewaliśmy (jest to dowód na to, że Polacy są wszędzie i zawsze trzeba uważać na to co się mówi, żeby czasem się nie przejechać na tym, że – „tutaj na pewno nikt nic nie rozumie”).

Tutaj już „suszyliśmy” namiot
Nie tylko szczury wyrzucane są na brzeg oceanu…
Pierwsze 300 km już zrobione! Czas iść po więcej!

Wreszcie po spacerze, wzięliśmy ciuchy i ruszyliśmy w kierunku naszego punktu do autostopu przechodząc przez centrum miasta i wcześniej przez znikającą plażę. Po za tym, że w nocy ocean naniósł nowe kamienie i był już kolejny przypływ natknęliśmy się na ogromną meduzę! W pierwszej chwili myślałem, że to płody ośmiornic wyrzucone na brzeg, no bo jedyne „galaretki” jakie w życiu widziałem to te w Bałtyku. Nigdy nie sądziłem, że to coś może być takie duże i jednocześnie twarde, no ale jak widać Portugalia przygotowuje mnie na zderzenie z Brazylią. Tam karaluchy mają skrzydła, a nasze przy nich może są wielkości nogi więc i pewnie meduzy będą miały po 2 metry! No ale idąc dalej po chwili znaleźliśmy drugą, co obniżyło poziom ich wyjątkowości do „a to normalne tutaj”, a kolejne 500m dalej spotkaliśmy śmiesznych, wytatuowanych, łysych, generalnie takich na jakich na ulicy w Polsce nie chciał/a byś się natknąć ludzi i też z nimi spędziliśmy z 30 minut słuchając dźwięku gitary i rozmawiając o niczym. Jeden był z Białorusi więc po raz kolejny w ciągu tego dnia rozmawialiśmy po polsku…

„Znikająca plaża”
Meduza! I na domiar złego, gdyby nas zalał przypływ i na dobitkę zaatakował w nocy taki „potwór”…
Jako, że ludzie z którymi rozmawialiśmy mówili, że są tutaj delfiny, a idąc do centrum natknęliśmy się na „wystawę” ich podobizn wydaje mi się, że to może być wizerunek szkieletu jednego z nich. W tle półwysep Troja.

Wreszcie około może 14 doszliśmy do centrum.  Jako, że żadne z nas nie było jeszcze w Setubal to oboje cieszyliśmy się z pobytu w tym małym lecz dość przyjemnym miejscu. Przy okazji niedzieli chcieliśmy nawet wejść do kościoła, ale ten był zamknięty, zamiast tego jakiś wolontariusz próbował nas namówić żebyśmy wspomogli leczenie dziewczynki chorej na białaczkę, jednak za bardzo nie wzbudził naszego zaufania więc z poczuciem winy poszliśmy dalej… i doszliśmy do – myślę, że można to tak nazwać – balkonu, który położony na niewielkiej wysokości na przeciwko stanowiska promów przepływających do Troi (półwysep na przeciwko Setubal) pozwolił nam zrobić kilka fajnych zdjęć z widokiem na „nasze plaże” albo bardziej jej okolicę, bo ta zasłonięta była budynkami miasta.

Wydawało się być to centrum miasta. W tle wspomniany kościół.
Balkon i widok na góry otaczające plaże

Gdy było po wszystkim to poszliśmy robić to co lubię najbardziej – czyli łapać autostop! Kolejny kilometr, może 2 w nogach i dosyć sporo czekania jak na warunki postawione przez los w poprzednich dniach. Wreszcie po może godzinie zatrzymało się auto, a kierowca mówił, że jeszcze na nas czekał i czekał, bo dopiero Monika usłyszała jego trąbienie po kilku chwilach. Pan niefortunnie jechał do Lizbony więc zostawił nas na rozjeździe autostrad (tak w naszym pięknym kraju ciężko to sobie wyobrazić, ale raczej w całej reszcie zachodniej Europy jest to normalne, tych jest tak wiele, że aż się krzyżują, jeszcze trochę i zaczną się same rozmnażać :D) skąd wziął nas pierwszy przejeżdżający samochód… po 15 minutach. Zwycięzcami okazali się być starsi ludzie z Hiszpanii jadący do Badajoz (tam, gdy w maju jechałem do Sevilli prawie ukradziono mi telefon, więc na pytanie czy lubię to miasto odpowiedziałem, że byłem tylko przejazdem). Ci wysadzili nas na kolejnym rozjeździe, tym razem już na drodze wiodącej prosto na południe. Nie przeszliśmy 100 metrów i już słyszymy trąbienie, jadący samochód hamuje i staje tuż przed nami. Dość spory, nie osobowy, z żółtymi światłami na górze i napisem Assistencia. To była obsługa drogi.


Przynajmniej dla mnie mina Moniki wydaje się być nieciekawa. Tak naprawdę żadne z nas nie wiedziało czego się możemy teraz spodziewać w takiej sytuacji, a co się stało wyjaśnię w kolejnej części!
tonykososki.
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s