Dzień 5 cz. 3 – Koniec świata

Więc po godzinie 16 staliśmy z powrotem na drodze. Kolejny marny dystans do pokonania tym razem wynosił może z 35 km więc jedyną opcją jaka nam pozostawała to dojechać jeszcze na tyle wcześnie, żeby zwiedzić co nieco i znaleźć dobrą kryjówkę na sen na wypadek powtórnego scenariusza z „dzisiejszej” nocy.

Po około 30 minutach czekania powiedziałem do Moniki, że powinniśmy iść trochę dalej, i stanąć na samej wylotówce z miasta w kierunku Sagres co zwiększy nasze szanse na podwózkę. Jako, że mówiąc to nie miałem zbytnio chęci ponownie zakładać ciężkiego plecaka i znowu iść te kilkaset metrów to za jej prośbą zostaliśmy jeszcze 5 minut, później jeszcze ostatnie 3 samochody i trzeba przyznać, że koleżanka miała nosa bo ostatni z tych 3 zatrzymał się, a kierowcą była kobieta (chwilę wcześniej rozmawialiśmy, że następne auto musi być kierowane przez kobietę, bo jeszcze żadna sama się nie zatrzymała po nas więc któraś musi uratować damski honor).

Okazało się, że jest kolejną osobą z zagranicy, ponownie ktoś z Niemiec (czyżby tak łatwo się tam łapało stopa?) i ma córkę, która leci niedługo do Brazylii. Jako, że to mój temat strasznie się zainteresowałem i zacząłem wypytywać o wszystko, a chwilę później już we dwójkę uspokajaliśmy nerwową mamę, że jej dziecku na pewno nic się nie stanie i będzie się dobrze bawić więc nie ma się o co martwić. Wszystko się nieco przeciągnęło, bo rozmowa trwała jeszcze z 10 minut po naszym dotarciu do „nigdzie” i wreszcie opuściliśmy auto zadowoleni, że już połowa droga za nami.
Tym razem czekając po raz pierwszy i jedyny ktoś udawał, że nam zjechał jednak się nie zatrzymał i pojechał dalej. Cóż… ostatnio taką sytuację miałem jakieś 17 000 km temu także czasem się zdarza i nie ma się czym przejmować tylko trzeba walczyć dalej. Doszliśmy do wniosku, że chcielibyśmy przejechać się z jakimś surferem – w końcu Sagres to miejsce stworzone do surfingu więc taki nie dość, że wziął by nas prawdopodobnie prosto do celu to i jeszcze mielibyśmy radość z poznania super osoby. No i stało się – już nie ważne ile czekaliśmy, bo nie sposób wszystkiego zapamiętać. Kolejny kierowca tylko zaproponował, że może nas podwieźć akurat dokładnie tam gdzie chcemy i jeszcze przed 18 osiągnęliśmy najdalszy punkt naszego tripa, który oddalony jest o +/- 600 km od Covilhi i leży w samiusieńkim różku południowo-zachodniej Portugalii. Celowo na zdrabniałem, bo stąd do najbliższej miejscowości oddalonej o 7km wiedzie tylko jedna droga, która trochę przypomina taką standardową Polską ;) a ilość mieszkańców też nie powala -choć nie wiem dokładnie ilu ich tu może być… i teraz wyobraźcie sobie jak w takim miejscu, gdzie nie ma prawie w ogóle świateł wygląda niebo. Podpowiem tylko, że jak wyciągnąłem Lumie, żeby też sobie popatrzała swoim okiem, to z wrażenia się zawiesiła i nie chciała nawet zresetować…
Nasz szofer szybciutko pokazał nam ewentualne miejsca gdzie możemy spać, po czym się z nami pożegnał i pozostaliśmy tylko my, banany na twarzach, ciemne chmury nad oceanem zmierzające na siłę w naszym kierunku oraz nasze pierwsze piorunujące wrażenie – JESTEŚMY NA KOŃCU ŚWIATA! I to w moim mniemaniu najlepszy opis Sagres, miejsca które w mojej głowie będzie chyba zawsze się biło o pierwszą dziesiątkę najbardziej niesamowitych rzeczy, które widziałem. I nie ważne co zobaczę w Brazylii, południowej Azji czy innym miejscu na świecie, do którego chcę pojechać – Sagres zawsze znajdzie miejsce gdzieś w okolicy szczytu!
Zanim obejrzycie zdjęcia, przeczytajcie i spróbujcie sobie wyobrazić miejsce, gdzie są 80 metrowe, albo i wyższe klify skalne, pomiędzy nimi znajdują się rozległe plaże z dziesiątkami surferów, fale oceaniczne zaczynają się tworzyć jakieś 30 metrów od brzegu, mają po kilka metrów wysokości i uderzając w piasek wydają dosłownie „ryk”, a patrząc na zachód, najbliższym lądem są oddalone o 3 000 km Portugalskie Azory, później już tylko USA…
.
.
.
***
W części 4 o tym jak nam się spało i co zastaliśmy rano, albo raczej kto nas zastał :)
***
.
.
.
TO WŁAŚNIE JEST SAGRES!
 
Nadciąga burza!
Ostatecznie jednak trochę zachodu zobaczyliśmy. Tu kończy się kontynentalna Europa, dalej tylko Azory i Ameryka Północna!
W tym budyneczku spaliśmy, a w zasadzie na jego tarasie ;)

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s