Dzień 3. – "Słowenia"

W poprzednim poście doszedłem do tego, że rozkładam namiot, ale zapomniałem powiedzieć o jeszcze jednej, w mojej opinii ciekawej, rzeczy. Kierowca, który mnie zgarnął za Łodzią miał do pokonania około 1600 km. Nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie to, że miał na to… mniej niż 18h (bo jakoś o 6 rano następnego dnia miał być rozładunek), a w przypadku gdyby nie zdążył miał stracić pracę co dla mnie wydawało się wręcz absurdalne. Co więcej, czy wyobrażacie sobie robić cokolwiek w swoim życiu przez 18h prawie bez przerwy na jedzenie czy toaletę? Mnie by to wykończyło i nie chodzi tutaj o monotonię, a brak snu, jednak kierowca znał sposób żeby to drugie zwalczyć, w dodatku przygotowując swój „wywar” powiedział mi, że to dla niego norma i zawsze tak jeździ…

Wywar to był energetyczny szot, od którego serce przyśpieszało chyba do nieskończoności. Pan wrzucił 5 tabletek energetycznych, po czym zalał jeszcze dosłownie kapką energetyka i dzięki temu stworzył napój o barwie brązowej i gdy tylko zanurzyłem w tym zęby poczułem dreszcze od kwasu zawartego w środku. Więc on to wypił, a wieczorem zaczął się spektakl. Koleś poczuł się jak na rodeo i przy prędkości 100 km lub nawet większej wjeżdżał w dziury krzycząc „iiiiihhhaaaaaaaa!”, a ja tylko modliłem się, żeby nie urwało się koło bo tak bardzo nie chciałem umierać…
Zdjęcie z drogi, gdy byliśmy gdzieś na Słowacji albo Węgrzech. To na środku, to góra, a na niej zamek. Od kierowcy dowiedziałem się, że nigdy nie zdobyty, a zdjęcie zrobiłem dlatego, że wyglądał na „miejsce, które każdy chciałby zobaczyć, ale nikt nie wie że istnieje”. Może gdyby nie 3Mpx aparat, to wyszło by lepiej…

Wreszcie teraz mogę powiedzieć, że dojechałem o 2 w nocy, a was nie ominął żaden szczegół dnia poprzedniego ;). Znalazłem szybko dobre miejsce do rozłożenia namiotu i na drugi dzień wstałem z rana, zostawiłem wszystkie rzeczy w środku i poszedłem do miasta, które oddalone było ode mnie dość sporo. Sam Maribor mnie nie zachwycił, spodziewałem się czegoś więcej, chociażby ze względu na to, że często jest to meta autostopowych wyścigów. Po 2 godzinach skierowałem się ku namiotowi, spakowałem i ruszyłem dalej – w stronę stolicy oddalonej o jakieś 120 km na zachód.

 

 

Maribor
Na stopa długo nie czekałem, nie pamiętam tylko czy dojechałem jednym czy dwoma, natomiast pisząc to w mojej głowie powstaje obraz tego co się działo i jak się czułem w tamtej chwili ;). Wreszcie gdy dotarłem do Ljubljany to można powiedzieć, że było już trochę lepiej. Stare miasto większe, rzeka przepływająca przez nie dodawała uroku, jednak najlepiej prezentowały się widoczne w oddali Alpy. Ostatecznie i tak najciekawszą rzeczą której tam doświadczyłem była wichura i niesamowite opady deszczu z burzą oraz gwałtowna zmiana pogody, której wcześniej nie widziałem. Rano w Mariborze gorąco, aż nie dało się oddychać, po południu w Ljubljanie podobnie, po czym w ciągu godziny, może dwóch przyszło wspomniane załamanie. Sprzedawcy widząc co się kroi twardo robili biznes i tak jednej pani z lodówki porwało jakiś blaszany stelaż, który przy odrobinie „szczęścia” mógł ją trafić w głowę, lub pofrunąć w tłum chowających się ludzi. Wreszcie ja w obawie przed śmiercią schowałem się w informacji turystycznej, przeczekałem nawałnicę, która trwała łącznie z godzinę, później dokończyłem zwiedzanie stolicy i postanowiłem, że fajnie byłoby dojechać dzisiaj do Zagrzebia. Jednak gdy spojrzałem na swoje nogi wymyśliłem, że lepiej będzie dostać się na jakąś plaże i umyć i szukając na mapie jakiegoś miejsca trafiłem na Riekę – blisko stolicy Chorwacji, będzie plaża do spania, a co za tym idzie woda i możliwość kąpieli.
 
Alpy w tle, a od lewej do prawej widać zmieniającą się pogodę „jak na dłoni”
Ja, moje jedyne obuwie towarzyszące mi przez całą wycieczkę oraz stan mojej higieny na tamten dzień (na szczęście reszta ciała nie prezentowała się tak źle ;))
Pamiętam, że niepewna pogoda utrzymywała się do końca dnia, jednak udało mi się dojechać niezmoczonym, a do celu zabrali mnie Anglicy, którzy przyjechali z wysp na wakacje i w drodze byli też niesamowicie długo.
Po dotarciu do Rieki zaczęło robić się ciemno więc postanowiłem, że pochwalę się na fejsie o swoim wyczynie, a później popytam gdzie tu jest plaża na której mogę się przespać i nie zostanę obudzony w środku nocy przez policję straszącą mnie mandatem. Spróbowałem więc swoich zdolności językowych i po polsku zagadałem do pani w kiosku i ku memu zdziwieniu zrozumieliśmy się bez najmniejszego problemu. Kobieta wszystko mi wytłumaczyła, a kierowca autobusu powiedział, że nie muszę płacić za bilet. Gdy dojechałem przyszło najgorsze, a w zasadzie przychodziło, albo odchodziło i nie wiadomo było czego się spodziewać.
Co takiego stało się dnia 4 opiszę w kolejnym poście. Serdecznie zapraszam!
tonykososki
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s