"Raz na tirze, raz…"

Wiem, wiem każdy pewnie oczekuje zdjęć z ostatniej wycieczki, ale niestety najpierw zdecydowałem się podzielić z wami moją niewiarygodną podróżą do domu ze stolicy Francji, która zaczynała się można by powiedzieć nie tak jak powinna, a skończyła… przeczytajcie!

Była środa, mój piąty dzień pobytu w Paryżu. Czekając na informację od znajomej kiedy będzie bronić swoją pracę magisterską stwierdziłem, że sam napiszę i zapytam, bo termin pomiędzy 20 a 25 lutego zbliżał się wielkimi krokami, a wieści od niej żadnej. Po paru chwilach przyszła odpowiedź, że w piątek, na co odpowiedziałem, że bardzo mi przykro, ale jest to niemożliwe żebym dojechał na czas, może uda się zdążyć na wieczorną imprezę pożegnalną, bo następnego dnia wracała już na stałe do Brazylii.

Gościnność Marco (mojego hosta) była ogromna, ale mimo tego, że proponował mi pozostanie do piątku odmówiłem, ponieważ doszedłem do wniosku, że w czwartek rano muszę ruszyć, bo w weekend ciężarówki nie jeżdżą i tak będę się telepał od stacji do stacji i cała droga do domu zmieni się w niewygodną zbyt długą podróż.
Zakładając, że powrót zajmie mi 2 dni, w porywach do 3, planowałem w piątkowy wieczór lub sobotę rano przywitać moje portugalskie miasteczko swoją skromną, uśmiechniętą i zmęczoną osobą! Żeby ów cel zrealizować obudziłem się wczesnym rankiem, albo bardziej późną czwartkową nocą, zjadłem, ubrałem się, pożegnałem i ruszyłem w stronę metra. Miałem farta, bo automaty do kupna biletów były jeszcze nieczynne więc można było za free wejść do pociągu i oszczędzając 1,70 euro przedostałem się z Bondy gdzieś na południe Paryża, gdzie miał być idealny spot do łapania aut. Był tylko jeden, a w zasadzie jeszcze 2 problemy – była wciąż noc i padał deszcz… nie za mocno, ale deszcz to deszcz – największy wróg każdego backpacker’a , bo nie ma nic gorszego niż przemoknąć na samym początku drogi i kontynuować ją w tym stanie…
Wreszcie dzień nastąpił! Było krótko po 7:00, a deszcz padał wciąż i wciąż… i dalej padał. W końcu zdecydowałem się że idę! Na szczęście tam gdzie planowałem stać był most, który chronił od tego niepożądanego zjawiska więc tylko kilometr dzielił mnie od w miarę bezpiecznego miejsca. Doszedłem jeszcze w miarę suchy i pełny optymizmu wyciągnąłem karteczkę z napisem A10 (nazwa autostrady) i czekałem, a tu wiało, zawiewało, wywiewało mi kartkę z rąk i nic. No to zdecydowałem, że być może powodem moich niepowodzeń jest znak „zakaz zatrzymywania się”, który stoi tuż przede mną i postanowiłem go zasłonić sobą, chociaż troszkę.
Mijały kolejne minuty i szło mi jak Bułgarce w deszcz (dosłownie). Wreszcie gdy minęła ponad godzina postanowiłem schować karteczkę i łapać jak prawdziwy autostopowicz na kciuk! No i łącznie po dwóch godzinach zatrzymała mi się jakaś kobieta i jako, że nie mogliśmy się dogadać wyrzuciła mnie 5 km dalej na rondzie, gdzie samochody kierowały się także na autostradę, na której chciałem być. Dzięki niebiosom przez kolejne 5 minut nie padało i zostałem podrzucony na najbliższą stację benzynową, gdzie to rozpętało się prawdziwe lanie, a ja cóż… postanowiłem, że skoro i tak już zmokłem no to dopytam wszystkich TIRowców żeby żaden z nich mi nie uciekł przypadkiem, bo może akurat jakiś podrzuci. Jedyny chętny kierowca z Polski jechał niestety nie w moim kierunku i zmuszony byłem wejść do stacji, przebrać spodnie i buty, poczekać aż przestanie padać i „walczyć” dalej.
W związku z tym, że stacja była całkiem spora to nie chciało mi się biegać od jednego parkingu do drugiego pytając czy ktoś jedzie tam gdzie ja, więc napisałem kartkę Orlean i stałem na wyjeździe. Po kolejnych ~60 minutach zatrzymała się rodzina i na szczęście tutaj jedna z trzech osób znała delikatnie angielski więc mogłem wyjaśnić jaki jest cel mojej podróży i gdzie chcę wysiąść. Szczęśliwie zwieźli mnie na stację tuż przed miastem (choć początkowo chcieli wysadzić 33 km wcześniej). Gdy wysiadłem przeszedłem się po parkingu i wreszcie po 10 minutach zagadałem też do Polaka, który wiedząc, że jedzie w moim kierunku spytał tylko czy nie mam żadych „prochów” i zaprosił mnie do środka – więc szczęśliwy, że uratowałem dzień jechałem w kierunku Bordeaux i szczęśliwie powiedział, że zrobi dzisiaj dłuższą zmianę i postara się podjechać do samego miasta, żebym nie utknął w nocy „nigdzie”.
Podróż, choć zajęła około 6 godzin upłynęła szybko i gdy dojeżdżaliśmy na miejsce stwierdził, że spróbuje złapać mi coś przez CB radio. Należy dodać, że jego zasięg wynosi tylko 2 km więc dodając do tego, że przyszły kierowca musiał być Polakiem, jechać do Portugalii i chcieć mnie przetransportować można nazwać cudem to, że 10 minut później byłem już w drugiej ciężarówce z 2 innymi kierowcami w drodze prosto do domu! Jedyne przed czym mnie ostrzegli to to, że jak nas policja złapie na granicy to 90 euro mandatu płacę ja (za to, że jest za dużo osób w kabinie – mogą być dwie) ale zaryzykowałem, bo prawdopodobieństwo tego jest niskie, a co będę czekał do jutra – pomyślałem.
Każdy z nich robił 4,5 godzinne zmiany, więc łącznie na nich dwóch przypadało 18 godzin ciągłej jazdy, prosto do Lizbony! Trasa zajęła łącznie 12 kolejnych godzin. Niecałe 5 na sen, reszta przegadana. Dowiedziałem się między innymi, że jestem szaleńcem, że co by było gdyby oni mnie nie wzięli? oraz, że takiego życia jak ja prowadzę nie wyobraża sobie żaden z nich, ale mimo wszystko doceniają to co robię ;)!
Więc po tej długiej drodze około godziny 6:00 wysiadłem z trucka na autostradzie, dostałem paczkę makaronu i do pokonania zostało ostatnie 7km do domu, piechotą! Jak długo i jak bardzo zmęczony szedłem to będę pamiętał do końca życia (jeśli jeszcze po czasie wrócę do Covilhi). Kiedy doszedłem do ronda byłem już cały spocony, trochę zły, plecak 15kg z każdym krokiem był coraz cięższy, a do pokonania jeszcze 2 km ciągle pod górę!
Jednak wreszcie udało się, doszedłem na miejsce, wcześniej zrobiłem parę zdjęć jak zawsze pięknego wschodu słońca. Otworzyłem drzwi od klatki, wszedłem na ostatnie – trzecie piętro. Wkładam klucz w zamek drzwi z radością, że zaraz walnę się na łóżko i wyśpię tak długo jak tylko będę mógł… a tu niespodzianka – właścicielka wymieniła zamek w drzwiach po tym gdy wszyscy się wyprowadzili z końcem stycznia i musiałem spać na klatce schodowej, bo bardzo głupio mi było budzić mojego sąsiada o 7 nad ranem…
Więc parafrazując znane przysłowie – raz na wozie raz pod wozem – zgodnie z tym co jest w tytule można powiedzieć – raz na tirze, raz pod drzwiami…
Foi madrugada na sexta quando cheguei Covilha. Mais ou menos, 9 horas faltam para Raisa defesa! Amanhecer legal como sempre!
A w piątek zdarzyło się na prawdę dużo! Pomijając całą poprzednią historię, zdążyłem w ciągu jednego dnia wyspać się, znaleźć mieszkanie, zobaczyć drugą w swoim życiu obronę pracy magisterskiej,
Aqui estamos depois defesa. Nao entendi mutio, mas apresentacao era linda e amiga Raissa defendiu-se para 18/20 e ganhou possibilidade cortar meus dreds!

ściąć dredy,

Aqui ja MESTRE esta cortando meu cabelo!
 i ogarnąć pożegnalny melanż!
E finalmente chegamos ate festa. Novo eu, nova Raissa ;). No foto fico com Pai da Raissa e namorado dela. Estamos bebendo, só poucos copos! Parabens Raissa e ate ver no Brasil alguma dia!
tk
Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “"Raz na tirze, raz…"

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s