Weekend – we can!

WP_20140512_20_09_06_Panorama

Jak każdy z nas chyba wie, natłok rzeczy do zrobienia w życiu nigdy nie rozkłada się po równo, ale zawsze przybiera na sile gdy zbliża się deadline. W moim przypadku ostatecznym terminem jest wylot z Europy, czy samej Portugalii, a że do tego drugiego zostało tylko 12 dni to już od początku maja sprawy przybrały na sile i tak chociażby szóstego dowiedziałem się, że przedstawiciele Iberii, którzy mieli mnie poinformować ile pieniędzy mógłbym dostać za skasowanie biletu powrotnego z Brazylii, całkowicie anulowali wszystkie moje loty i obecnie pomimo tego, że mam zrobione szczepienia, kupiony przejazd do Berlina to w całej budowli brakuje najważniejszego – fundamentu.

Początkowo wspomniana sprawa wyglądała nieco śmiesznie i nieprofesjonalnie. Dostałem maile z jakimiś wyliczeniami i bez żadnych wyjaśnień kazano mi podać numer konta, żeby przelać „odzyskane” 50% zapłaconej kwoty. W panice zacząłem pisać wiadomości w celu wyjaśnienia i okazało się, że cała moja rezerwacja jest na miejscu, nikt niczego nie usunął i raczej to nie nastąpi… W związku z tym, już bardziej spokojny parę dni później pojechałem odebrać Kasię z lotniska w Porto, żebyśmy od momentu postawienia jej stopy w Portugalii, mogli celebrować nasze małe wielkie spotkanie „starych” Erasmusów.

WP_20140509_004

Więc tak wyglądała moja twarz, gdy zaczynałem podróż do Porto…

WP_20140509_003Moje poświęcenie było tak ogromne, że nocy poprzedniej postanowiłem nie spać i od razu po „Festa do Sineiro” ruszyć. Pięć godzin później byłem na miejscu, zmęczony, ale zadowolony, że za parę godzin znów się spotkamy! Chwilę później jednak mój zachwyt przerodził się w zdenerwowanie, ponieważ ostatecznie okazało się, że moja przepustka do nowego świata została anulowana, no a co za tym idzie biedna Kasia przyjechała w najgorszym dla niej momencie, gdy byłem parę godzin po „negocjacjach” z trefną firmą.

Po prawie całej nocy rozmów i wspominania około 4 poszliśmy spać, na betonowej ławce, niedaleko mostu Luisa I. Pomimo tego, że posiadaliśmy tylko jeden cienki śpiwór i brak ciepłych ciuchów, noc przespałem dobrze, bo koleżanka trochę słabiej. Niemniej jednak około ósmej wstaliśmy, a o dziesiątej już byliśmy na drodze. Trzeba przyznać, że szło nam jak „Bułgarce w deszcz”, aż z niemocy musiałem się schować w krzaki, ale ostatecznie udało nam się dojechać do Coimbry przez Lizbonę dzięki czemu porozmawiałem z tymi ludzi, którzy dopuścili się karygodnego błędu, od którego zacząłem ten post.

WP_20140509_019

Kasia przybyła z niespodzianką!

WP_20140510_014

„Nocleg z widokiem na Porto”

Na mojej niewidzialnej liście „do zrobienia przed wyjazdem” Cortejo (czyli to po co przejechaliśmy w sobotę wspomniane 500 km) uplasowane było dość wysoko. Jedyna darmowa i największa impreza podczas „Queim’y das Fitas” zamienia całe miasto w studencki pochód, z niezliczoną ilością darmowego piwa i około setką różnorodnych platform rodem z bajki, z których owy alkohol się wydobywa. Całe wydarzenie zaczęło się koło 15, żeby 6h później dobiec końca, wreszcie w nocy spotkaliśmy się z Kaśką u mojego znajomego w domu, a dnia następnego z samego rana ruszyliśmy do naszej pięknej Covilhi, gdzie chciałem jeszcze dotrzeć przed 14, żeby zdążyć na zajęcia…

lego

Cała parada wyglądała podobnie. Łącznie było około 100 samochodów, każdy ozdobiony inaczej!

PIwa było za darmo do oporu.

ludzie

Gdyby warunki pogodowe miały odzwierciedlać trudność autostopu, to tym razem „szło nam jak Bułgarce w śnieg, albo przynajmniej w gradobicie”. W ciągu pięciu godzin przejechaliśmy może 10 km i na koniec dnia wylądowaliśmy w górach, w miejscowości Sabugueiro, położonej na wysokości 1100 metrów. Muszę dodać, że po raz pierwszy jechałem autem w bagażniku i nigdy nie sądziłem, że może to być tak wygodne. Wreszcie po odznaczeniu z listy „zachód słońca w górach” przeszliśmy do kolejnego punktu, czyli ogniska. To co z początku przez cały czas było zabawą i miłą opcją spędzenia czasu, z godziny na godzinie przeradzało się dosłownie w walkę o życie. Wystarczyło tylko odchylić się od złocistej aury ciepła, a już gęsta para leciała z dziurek od nosa. Żeby przetrwać, wyścieliliśmy sobie ziemię grubą warstwą trawy, a puste przestrzenie między kamieniami, gdzie był ogień zakryliśmy zebranymi wcześniej gałęziami. Ostatecznie na nie wiele się to zdało, bo gdy około drugiej skończyliśmy dokładać do ognia to chwilę po czwartej już oboje byliśmy na nogach, żeby do wschodu podtrzymywać płomień. Koniec końców przeżyliśmy, a następnego dnia jedynym naszym problemem było zmęczenie, które trochę doskwierało podczas pieszej części drogi do oddalonej 35km, położonej po drugiej stronie gór Covilhi. Pozostaje tylko pytanie – co by było gdybyśmy jednak nie mieli zapalniczki?

WP_20140512_012WP_20140512_019

WP_20140512_058WP_20140512_064WP_20140512_072WP_20140513_005W drewnie znaleźliśmy gości. Na szczęście białe co nieco już było ugotowane i się nie ruszało.

WP_20140513_004

Trochę w nocy marzliśmy…

WP_20140513_006

Nasze poniedziałkowe „mieszkanie”. Krótko po świcie ruszyliśmy dalej, najpierw ku Torre, a później do Covilhi!

WP_20140513_012 WP_20140513_007 WP_20140513_014 WP_20140513_015 WP_20140513_016

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s