Dzień z życia wolontariusza

Historia z wolontariatem zaczęła się już dawno, bo blisko półtora roku temu, gdy proces selekcji kandydatów był już od miesiąca zamknięty. Jedyne co mogłem zrobić to wysłać „rozpaczliwego” maila do organizatorów, apelując o przyjęcie mnie do grona blisko 125 000 ludzi, którzy ubiegali się o to stanowisko. Odpowiedź przyszła… po 8 miesiącach. Ze względu na rekordową, jak do tej pory, liczbę zgłoszeń, FIFA zdecydowała się dać wszystkim jeszcze jedną szansę i tak oto od września zeszłego roku krok po kroku pokonywałem kolejne etapy, żeby ostatecznie w marcu dowiedzieć się o akceptacji mojej kandydatury jako wolontariusza mistrzostw świata. Co więcej, dostałem pracę tam gdzie chciałem – Rio de Janeiro, Estádio do Maracanã!

Po pierwszych pasjonujcych dniach mundialu, gdzie było wiele bramek, pomyłek sędziowskich i niespodzianek wreszcie przyszła pora na pierwszy mecz w „Mieście Boga”. Po długich dniach oczekiwania od rozpoczęcia „igrzysk”, dnia 15 czerwca przyszło mi po raz pierwszy w życiu „zmierzyć się” z wyzwaniem jakie stawia wolontariat. Mecz rozpoczynał się o 19 czasu lokalnego, ale nam kazano się stawić już o 13. Wreszcie odebrałem kartę żywieniową oraz tą darmowe przejazdy po mieście, dostaliśmy woreczek z przekąskami i piciem. Następnie, losowo, każdy wolontariusz został przydzielony do poszczególnej drużyny – moją ekipą jest Ghana, i Ghana pracowała po za stadionem, w miejscu rzeczy i dzieci znalezionych. W związku, że było tu trochę papierkowej roboty do wykonania zadanie osób niemówiących po portugalsku w 100% polegało na witaniu ludzi, robieniu im zdjęć na tle stadionu i informowaniu gdzie mają iść, żeby się dostać na swoje miejsce – czyli to co wykonywała ekipa Rosji, pracująca w naszym obszarze.

WP_20140615_034

WP_20140615_035WP_20140615_036 Przed meczem

WP_20140615_037

WP_20140615_039 Przed wejściem na mecz odbieraliśmy karty (żywieniowe i transportowe), małe przekąski i każdy dowiedział się, gdzie będzie pracować!

Zanim jednak pozwolono kibicom wejść na teren obiektu, przed rozpoczęciem pracy mieliśmy blisko 2 godziny na „aklimatyzację”. Po zmianie ciuchów poszedłem zjeść dość dobry obiad, po czym zacząłem się kręcić po strefie dla wolontariuszy, gdzie część ludzi oglądała mecz, inni grali w tenisa stołowego, piłkarzyki czy playstation, a jeszcze inni przechodzili badania medyczne. Z początku, ze względu na nadmierną ilość atrakcji nie mogłem sobie znaleźć miejsca, jak zawsze chciałem być wszędzie na raz, ale jak już ogarnąłem co się dzieje wokół to pierwsze emocje nieco opadły i się uspokoiłem. Od godziny 15 rozpoczęła się zbiórka, krótka przemowa, z której nie zrozumiałem kompletnie nic, uformowanie drużyn i wymarsz. Zawsze przy imprezach tego typu człowiek cieszy się jak każdy krok przybliża jego ekipę do stadionu, staje się bardziej nerwowy, gdy maszerujemy dookoła bądź się oddalamy, podczas gdy inni już wkraczają na obiekt, i ostatecznie czuje ten ból w momencie, gdy supervisor oświadcza, że tu jest nasze stanowisko pracy, a jedyną rzeczą, którą „stąd” widać jest fasada „świątyni” futbolu. Uwierzcie na słowo – nie ma nic gorszego niż być tak blisko i słyszeć każdy jęk zawodu czy okrzyk radości potężnej grupy kibiców zasiadających na stadionie, a jednak tak daleko, żeby nie móc tego zobaczyć i poczuć w 100%.

WP_20140615_063

WP_20140615_064 WP_20140615_045 WP_20140615_051 WP_20140615_052

W takich wypadkach, pierwsze co pojawia się w głowie to plan – jak tu zrobić, żeby zniknąć na 2h i wrócić po cichu, niezauważonym po meczu. Gdy ten w miarę był ułożony dokładnie o 19 nasz supervisor orzekł, że teraz nie jesteśmy potrzebni i mamy wolne, więc możemy iść coś zjeść, na spacer, albo obejrzeć mecz. Kolejne marzenie w moim życiu się spełniło. Nigdy przenigdy nie sądziłem, że kiedykolwiek dane mi będzie obejrzeć na żywo spotkanie Mistrzostw Świata i to jeszcze w Brazylii. Uczucie, które towarzyszy wykonywania rzeczy niemożliwych, w dodatku prawie za darmo jest tak sen. Z tą różnicą, że to dzieje się na prawdę!

WP_20140615_19_17_20_Panorama[1]

WP_20140615_066
WP_20140615_076

WP_20140615_068

Od razu po wejściu na stadion, zobaczyliśmy jeden wielki bajzel. Jak podczas Euro2012 w Polsce i na Ukrainie jedną z najważniejszych rzeczy podczas pracy stewarda było zachowanie schodów drożnych, tak tu każdy siedział, bądź stał gdzie chciał, a to z kolei prowadziło do awantur między kibicami, głównie z Argentyny, bo jedni zasłaniali drugim, ale jak zawsze każdy miał wszystko gdzieś. Ze względu, że oficjalnie nie mogliśmy być tam gdzie byliśmy, to co chwilę nas wyganiano i musieliśmy średnio co 15 minut wchodzić innym wejściem. Niemniej jednak, pomimo tego dyskomfortu, zobaczyć jak Messi strzela gola, rodem z konsoli, na żywo, siedząc w centrum fanów Albicelestes, usłyszeć wybuch ich radości, śpiewu, tańca i fety jest czymś czego nie zapomnę do końca życia! W ciągu 10 dni mojego pobytu, zdażyło się tak wiele rzeczy, że czuję się jak bym był tutaj od miesięcy…Vai lá cara!

WP_20140615_085

Większość osób dopingująca Bośnię tak naprawdę była z Brazylii. To chyba oczywiste, że Argentyna jest tu wrogiem publicznym numer jeden. Po meczu gdy Albicelestes świętowali zwycięstwo, ktoś podszedł z tym oto plakatem „czekamy na was w finale”. Szczerze… gdyby do tego meczu doszło, to ten stadion by po prostu wybuchł!

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s