W faveli też żyją mundialem!

„O futebol está voltando pra casa”, czyli „futbol wraca do domu” mówi jedna z reklam pojawiających się w telewizji. Po 64 latach po raz drugi  piłkarskie igrzyska odbywają się właśnie w Brazylii. Choć „Canarinhos” mają najwięcej triumfów w historii tej pięknej dyscypliny to za jej pionierów i wynalazców uważani są Anglicy, którym, dopóki jeszcze grali w turnieju, inna firma wypominała beznadziejność śpiewająć „EEEEEngland, EEEEEngland, EEEEE… não ganhou nada deste ’66”, co w tłumaczeniu oddającym sens oznacza „AAAAAnglia, AAAAAnglia AAAAA….le nie wygrała nic od roku ’66”. 

Z dniem dzisiejszym rozpoczyna się faza pucharowa turnieju, w której nie ma już miejsca na brak formy, czy pomyłki. Od teraz zaczynają się prawdziwe mistrzostwa, w których ponownie pierwszy mecz rozegrają gospodarze – tym razem z reprezentacją najdłuższego kraju świata, czyli Chile. Nie da się nie zauważyć, że cały kraj żyje piłką nożną. Od reklam w telewizji, czy sklepach, przez przyozdobione i pomalowane ulice w mieście aż po favele wszyscy się jednoczą przed telewizorami, gdy ich ekipa narodowa rozpoczyna grę. Tak jak pierwsze trzy mecze  Brazylia rozegrała w trzech różnych miejscach kraju, tak ja śledziłem ich poczynania w trzech róznych częściach miasta, które z perspektywy ogromu tego państwa były tak blisko siebie, jednak tak bardzo inne.

Choć to czy Brazylia powinna awansować jest kontrowersyjne, to już raczej mało kto rozpamiętuje, że rzut karny z kapelusza odmienił wynik meczu otwarcia na stadionie w São Paulo. Mi w głowie pozostała bardziej sytuacja z pierwszych minut meczu, gdy, oglądając go w barze z Aną w jednej z najbogatszych części Rio, Marcelo skierował piłkę do bramki po czym połowa ludzi zaczęła się cieszyć, że gospodarze zdobyli gola – szkoda tylko, że dla Chorwatów. Ostatecznie jak dobrze wiemy spotkanie zakończyło się wynikiem 3-1, a po meczu grupki ludzi zebrane w barach zaczęły świętować, pijąc piwo i tańcząc sambę w rytm przygrywanej muzyki. Pomimo tego, że rozpoczęcie mundialu chciałem obejrzeć w „Fun Fest” na Copacabanie, to tak czy inaczej było to ciekawe doświadczenie, zobaczyć jak świętują Brazylijczycy. Postanowiłem, że na plaży zobaczę po prostu kolejną grę i też nic się nie stanie.

WP_20140612_107

Z Aną w barze podczas meczu otwarcia ;)

Moje plany jak zwykle zweryfikowała rzeczywistość i lenistwo. Wiedząc, że mecz rozpoczyna się o 16, a sam dojazd we wskazane miejsce zajmuje przynajmniej 2h to z domu wyszedłem dopiero po 13, z zamiarem zwiedzenia centrum jeszcze przed spotkaniem. Sfrustrowany natłokiem rzeczy, które dzieją się w tym samym momencie zdecydowałem, że piłka nożna nie będzie mi mówić jak mam żyć i wybrałem zwiedzanie zamiast meczu. O dziwo, było to strzałem w dziesiątkę, bo zobaczyłem coś więcej niż tylko „stare miasto”. Od momentu rozpoczęcia gry dosłownie wszędzie pojawiły się telewizory. Czy to sklep, warzywniak, bar, restauracja, czy wreszcie telebim na ulicy, wszędzie skupieni byli ludzie, którzy w tym samym momencie przekazywali te same emocje. Pomimo tego, że zdecydowałem się nie oglądać meczu, to nie dało się obok niego przejść obojętnie. Dopiero to doświadczenie utwierdziło mnie w przekonaniu, że futbol to coś więcej niż tylko piłka nożna, i pokazało, że atmosfera może być tak mocno odczuwalna nawet po za stadionem. To jest coś co dotyka wszystkich ludzi, w tej krótkiej chwili nie jest istotne jakiego jesteś wyznania, jaki masz kolor skóry, czy status społeczny. Tu na ulicy, w dzielnicy Lapa, zobaczyłem, że jedyne co się liczy to to, że jesteś Brazylijczykiem i w głębi siebie czujesz te same emocje i choć jest ciasno, od stania na kolorowo przyozdobionej ulicy bolą nogi, a zawodnicy i tak cię nie usłyszą, to dopingujesz, trąbisz i klaszczesz! Mecz z Meksykiem skończył się wynikiem 0-0 przez co nie poczułem tego fascynujacego wybuchu radości, ale od tego momentu zrozumiałem, dlaczego sędziowie zawsze pomagają gospodarzom (oczywiście organizacjom chodzi o pieniądze) i z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że chcę zobaczyć Brazylię w finale, żeby to piękne święto trwało aż do końca… co jednak ważniejsze, stwierdziłem, że żeby poznać cały przekrój społeczeństwa kolejną grę muszę zobaczyć w faveli!

WP_20140617_047

„Policja do zabijania biednych ludzi nie przejdzie”

WP_20140617_038

„Jedna bardzo zabawna rzecz jest taka, że mamy mundial i nic poza tym”

WP_20140621_014 WP_20140612_009 WP_20140621_013 WP_20140618_001 WP_20140617_061 WP_20140617_058WP_20140617_066 WP_20140617_054 WP_20140617_050 WP_20140617_044 WP_20140617_043 WP_20140617_036 WP_20140617_035 WP_20140617_034 WP_20140617_032 WP_20140617_030 WP_20140617_029 WP_20140617_027 WP_20140617_026 WP_20140617_024
WP_20140612_099 WP_20140612_098 WP_20140612_091 WP_20140612_088 WP_20140612_010 WP_20140612_024 WP_20140612_035 WP_20140612_038WP_20140613_007

Był dzień przed ostatnim meczem gospodarzy, gdy wracając z Maracany przez przypadek poznałem w autobusie Pedro i jego siostrę Beatriz. Na Ilhę jedzie się długo, więc mieliśmy trochę czasu na rozmowę. Przez kolejne 30 minut opowiadałem im głównie o moich niebezpiecznych sytuacjach podczas autostopu w Europie, jednocześnie zachęcając chłopaka do spróbowania tego środka transportu, bo w Europie jest on zupełnie bezpieczny :D. W zamian dowiedziałem się trochę informacji o nich, a na sam koniec zostałem zaproszony na obiad, który odbył się następnego dnia. Było ciekawie, rozmawiało się dobrze, w zasadzie wylądowałem w mieszkaniu, do którego zeszła się cała rodzina, od wnuków, przez kuzynów po dziadków. Zgodnie z umową o 16 30, musiałem wyjść, ponieważ parę dni wcześniej zostałem zaproszony na mecz do „mojej” faveli. Pedro i Beatriz oraz ich dziadek, który mówił, że ma tam znajomych, zdecydowali, że mnie odprowadzą do „Praia da rosa”, co się nie zgubię. Po 20-30 minutach dotarliśmy do celu i zaczęliśmy szukać miejsca, gdzie skupia się najwięcej ludzi. Po pierwszych 100 metrach widać było, że favela też dopinguje, telewizory LCD wystawione na ulicę skupiały wokół siebie grupki osób. Wybuchające petardy były kolejnym elementem tworzącym atmosferę meczu. W tamtej chwli poczułem, że znów robię coś niesamowitego w swoim życiu. Ludzie po raz kolejny patrzyli się na nas dziwnie, tym razem jednak najwięcej uwagi skupiał dziadek, który z uśmiechem na twarzy stawiał kolejne kroki i machał do wszystkich, których mijał. Trzeba jednak dodać, że nie wszyscy byli zainteresowani grą. Zastawione ulice, żeby policja nie mogła wjechać i chłopak z rewolwerem w dłoni mijający nas jak gdyby nigdy nic, dawały do zrozumienia, że pomimo mundialu „nie opuszczają gardy” i prawdopodobnie są gotowi, żeby odpowiednie „przyjąć” policjantów, gdyby ci chcieli wpaść z niezapowiedzianą wizytą.

fav

Zdjecie zrobione w faveli podczas meczu. Od lewej poznana „koleżanka”, która chciała mnie zabrać na imprezę, później ja, dzieciaka nie znam, Beatriz i Pedro oraz kolejne 2 przypadkowe osoby, które chciały sobie zrobić zdjęcie z gringo ;)

Idąc dalej dotarliśmy do „centrum”, gdzie był sklep, bar i projektor, który wyświetlał mecz. Szybko poznaliśmy nowych ludzi, a nawet ci którzy nas nie znali, zorganizowali krzesła dla gości, krótko po tym, gdy zajęliśmy miejsca na ziemi. Szczerze mówiąc, to nie wiem jak mam opisać to co czułem w tamtym momencie, gdy popijając piwko podczas zapadającego zmierzchu oglądałem mecz, znajdując się z dwójką znajomych, których poznałem poprzedniej nocy w autobusie, między tymi wszystkimi „groźnymi” ludźmi, z których jeden po zakończeniu meczu podszedł do mnie i bez żadnych pytań poczęstował kurczakiem. Przecież 30 minut temu pierwszy raz w życiu widziałem na żywo broń palną, ale ani przez chwilę nie czułem się zagrożony. Atmosfera podczas gry była świetna, według mnie najlepsza spośród pozostałych dwóch. Po każdym golu dj puszczał „funky” – taką muzykę, która wszędzie indziej niż po za favelą brzmi ochydnie, a tu zamienia się w dzieło sztuki, coś co idealnie oddaje charakter tego miejsca. Po każdym golu w niebo leciały fajerwerki, a ludzie wspólnie radowali się – od dzieci po dorosłych. Po zakończonej grze nowo poznane znajome chciały zabrać mnie na imprezę, gdzie jechała cała favela. Niestety, byłem sam (tamci wrócili do domu w okolicy 75 minuty), nie wiedziałem, gdzie to jest i pomimo tego, że w głębi duszy chciałem pojechać z nimi, bo czułem, że mógłby to być melanż mojego życia, to ostatecznie podwieźli mnie tylko do centrum handlowego, skąd znałem drogę do mieszkania, gdzie byłem na obiedzie i zostawiłem bluzę. Muszę przyznać, że jazda slalomem pomiędzy samochodami była kolejnym ciekawym i unikalnym przeżyciem!

Przez to, że drzwi były otwarte, wszedłem „jak do siebie” i z uśmiechem na twarzy oświadczyłem: jestem! Szybko jednak zorientowałem się, że coś tu nie gra, całe mieszkanie pełne ludzi siedziało cicho, w powietrzu czuć było konsternację. Okazało się, że chłopak przyjechał tutaj tylko na parę dni z północy Brazylii, a cała rodzina chciała dzisiaj z nim obejrzeć mecz, bo jutro wyjeżdża, podczas gdy ten wieczór spędził w faveli z Polakiem, którego na dobrą sprawę prawie w ogóle nie znał. Ostatecznie wszyscy, po za dziadkiem, przyznali, że to co się stało to nie jest nic wielkiego i nie obwiniali mnie za zaistniałą sytuację, a nawet odwieźli do domu. Pomimo, że moja znajomość z rodzeństwem trwała dosłownie parę godzin, to przez to, że spędziliśmy ten czas razem w faveli czułem się tak, jak bym był cały czas ze swoimi super ziomkami.

Tyle wrażeń jednego dnia w moim życiu dostarcza jedynie Rio de Janeiro. Warto walczyć o marzenia i spełniać się w życiu! Vai lá cara!

Reklamy

2 uwagi do wpisu “W faveli też żyją mundialem!

  1. Super sprawa! Podobnie jak podróżowanie autostopem, takie doświadczenia przywracają wiarę w ludzi. Dużo negatywnych opinii słyszałam o bezpieczeństwie w Rio, ale widać, że przy odpowiednim podejściu do życia i ludzi, i z odrobiną otwartości nawet favela nie straszna ;)
    Jakie masz plany po mundialu?

    • Powiem tak. W okolicy Santa Teresa są takie piękne kolorowe schody, gdzie obecnie ze względu na mundial jest dużo turystów. Miejsce niby w centrum miasta, a podobno parę dni temu ktoś podjechał z bronią i pozbierał lustrzanki…

      Ja osobiście uważam, że jeśli chodzi o favele wiele zależy od podejścia. Ja tam poszedłem, żeby porozmawiać z ludźmi, poznać ich, zobaczyć jak wygląda życie. Mimo, że gdy byłem tam 2 raz i przeszedł obok mnie koleś z bronią w ręku, nie czułem się zagrożony. Myślę, że gdy człowiek idzie tam nie w celu robienia „safari” tylko wchodzi i pokazuje, że traktuje ich jak ludzi, szanuje ich i przede wszystkim jest zdala od stereotypów to i oni są otwarci i przyjaźni. Prawdopodobnie niedługo zamieszkam w faveli.

      Po mundialu planuję odwiedzać znajomych na trasie Juiz de Fora – Belo Horizonte – Brasilia – Goiana – Cuiaba – Boliwia – Machu Picchu… i zobaczymy co dalej. Poznałem na wolontariacie ludzi z Kolumbii, po dzisiejszym meczu jestem właścicielem koszulki piłkarskiej więc może i tam dotrę. Chciałbym jachtostopem dopłynąć z Chile na Wyspę Wielkanocną. Zobaczymy jak będzie z bezpieczeństwem i finansami ;p!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s