Złote oczy wschodniej Europy

Brasilia była tylko krótkim przystankiem na mojej drodze, która wiodła do parku Chapada dos Veadeiros i stanu Goias. Jak wiecie pobyt był bardzo pozytywny, a dzięki uprzejmości kierowcy nie musiałem spać w namiocie tylko na farmie, gdzie dodatkową atrakcją było zobaczenie 2 raz w życiu maciory, czy po raz pierwszy, z bliska, boia. W tej chwili jestem wciąż w Cuiabie, gdzie po każdej godzinie chodzenia ciuchy nadają się do prania, powietrze jest tak suche, że czasem mój nos nie wytrzymuje i zaczyna krwawić. Podobnie także nie wytrzymały moje nerwy przez co mój telefon przy 39* pocałował kamień i jak wcześniej był tylko problem z aparatem, który robił rozmazane zdjęcia, tak teraz przestała działać najważniejsza część ekranu, przez co praktycznie nie da się zrobić prawie nic. Szczęśliwie 4go września będę już w Boliwii, która wraz z Paragwajem uważana jest za super tani kraj Ameryki Południowej. Szczerze wierzę w to, że i dla mnie tamtejsze ceny nie okażą się zbyt wygórowane i moje braki w elektronice zostaną zaspokojone jeszcze tego samego dnia!

„Jak spytasz kogokolwiek w Brazylii o to jaki stan jest „stolicą” piękych kobiet to wszyscy odpowiedzą, że Goias!” zabrzmiał dumnie kierowca ciężarówki. Brzmi interesująco i nie był on pierwszą osobą od której to usłyszałem. Więcej prawdy byłoby jednak gdyby zamiast tego powiedział, że to stan o najmniejszym zróżnicowaniu pod względem kolorystyki, bo będąc w Rio, które pod tym względem też nie grzeszy, co parędziesiąt metrów na ruchliwej ulicy przy Copacabanie udało się wyłapać chociaż turystę, który ma blond włosy. Tu wszyscy są ciemni, a kolor zaczyna się od brązowego i kończy na czarnym, tak czarnym, że włosy Luany wyglądają na farbowane. Dochodziło więc do sytuacji, w której zwiedzająć miasto mogłem poczuć się jak celebryta. Wszyscy na ciebie patrzą, ciężko jest zachować się w takich okolicznościach, ja zazwyczaj spoglądam w oczy, uśmiecham się, mówię „bom dia”… tylko po to żeby w odpowiedzi usłyszeć „que olhos bonitos!”, co oznacza – jakie piękne oczy… Patrzą się tak, jakbym zamiast zieleni, miał tam złoto.

WP_20140816_031 WP_20140816_030 WP_20140816_029

WP_20140816_027 WP_20140816_017 WP_20140816_015 WP_20140816_011 WP_20140816_010 WP_20140816_009 WP_20140816_006 WP_20140816_003 WP_20140816_002 WP_20140816_001

Takie sytuacje mają miejsce wszędzie, więc trzeba po prostu przywyknąć. Z przepięknego Pirenopolis (zdjęcia powyżej), do którego dotarłem z 2 Brazylijczyków i Amerykaninem podróżującym tu od ponad 2 miesięcy, udałem się bezpośrednio do Goianii, która jest największym miastem w tym rejonie, a swoim rozmiarem, czy liczebnością przypomina Warszawę. Była sobota, godzina 13. Pierwsze wrażenie? Wszyscy tu chyba umarli… żaden sklep nie był otwarty, żadnego sprzedawcy na ulicy, ba prawie żadnej żywej duszy! Jedyne otwarte punkty to popularne w tej części Brazylii mototaxi, jednak nawet oni nie wiedzieli gdzie jest sektor Santa Rita, w którym mieszka Luana. Poratowali przynajmniej internetem i wreszcie 2 godziny później, jeszcze za dnia doszło do kolejnego niesamowicie spektakularnego poerasmusowego spotkania Polaka z Brazylijką, którzy poznali się w Portugalii. Już samo to brzmi niesamowicie, a najciekawsze dopiero miało nastąpić. Przyszedł wieczór i udaliśmy się do centrum miasta. Trzeba dodać, że w Goianii nie ma nic specjalnego, jedynym fajnym miejscem był park Flamboyant oraz widok na ogromne mieszkalne wieżowce, na co zwróciłem jeszcze uwagę podczas jazdy autostradą. Warto jeszcze wtrącić, że miasto jest niesamowicie zamknięte, od początku rzuciło się w oczy „bezpieczeństwo”, budynki otoczone wysokim płotem, z ochroną na wejściu z pewnością są zamieszkiwane tylko przez bogatych, co powiedzieć jednak o tzw „condominio fechado” czyli poniekąd odgrodzonej dzielnicy, do której nawet gość wjeżdża osobną bramą?

WP_20140816_033

Terminal Biblia, jedna z pierwszych rzeczy, które zobaczyłem po przyjeździe.

WP_20140818_005

Park Flamboyant

WP_20140818_008 WP_20140818_002 WP_20140818_001 WP_20140818_010 WP_20140818_009 WP_20140818_11_00_59_Panorama

Luana powiedziała, że od jakiegoś czasu w mieście grasuje zabójca na motorze, który strzela do kobiet czekających nocą na autobus. W związku z tym do wspomnianego centrum, które wyglądało jak Las Vegas, „na tanie piwo” pojechaliśmy samochodem, o pięknym żółtym kolorze. Jego wizerunek psuła tylko marka, był to bowiem Fiat, tak czy inaczej komfortowo dotarliśmy na miejsce, tylko po to żeby z niego wyjść zaraz po zobaczeniu ceny. Warto tu jeszcze wspomnieć, że swój miesięczny limit przekroczyłem 16 dnia miesiąca, w związku z czym nie było mi po drodze płacić 6 złotych za małe piwo. Pozbawieni celu, zwiedziliśmy wszystkie „atrakcje” i udaliśmy się na małe świętowanie do domu brata koleżanki, gdzie alkoholu starczyło dla każego, a dodatkowo spróbowałem nachos z jakąś meksykańską, ostrą przyprawą przywiezioną prosto z Cancun. Ozdobą wieczoru był jednak „występ” Luany, który miał miejsce zanim jeszcze powąchała alkohol. Gdy zatrzymaliśmy się na światłach, a za nami stanął kolega z żółtego fiata (wcześniej przesiedliśmy się auta innej znajomej) ta wychyliła się przez okno i zaczęła krzyczeć coś na kształt: „Heeeejjjjj! Ty! Przystojniaku! Daj mi swoj numer!”, chłopak mógł poczuć się przez chwilę jak „ja celebryta”, z tą różnicą, że schował twarz w kierownicę. Koleżanka w końcu przestała, ten się podniósł i wszystko zaczęło się od nowa… a później się dziwią, że jeździ taki jeden na motorze i zabija… ;)

goiania5 goiania4 goiania3 goiania2 goiania1

3 dni minęły zdecydowanie za szybko, jednak czas naglił i musiałem jechać. Na do widzenia, jako że mama Luany pracuje w medycynie, dostałem specyfiki mające mi pomóc w nagłych wypadkach i nie wiele brakowało a także otrzymałbym bilet do Barra do Gracas, jednak ostatecznie udało mi się wymanewrować i z dumą mogę powiedzieć, że do tej pory kontynuuję moje wyzwanie jakim jest przejechanie Brazylii autostopem oraz jestem o 350 km bliżej do „okrążenia Ziemii” tym środkiem transportu. Na drodze do wspomnianego miasta zatrzymałem się jeszcze w pierwszej stolicy Goias, o tej samej nazwie. Miejsce przepiękne, i tak jak Pirenopolis jest bardzo zadbane i zatłoczone, tak tam idzie trochę odpocząc od turystów, a w jednym z mieszkań za cenę 50 centavos kupić tradycyjne, robione z owoców, mleka, czy wszystkiego innego co Brazyliczykowi przyjdzie do głowy słodycze. Wczoraj krążąc po ulicach Cuiaby dotarłem do Marketu przy porcie, gdzie jadłem słodką kuleczkę zrobioną z sera – jednak ta była pierwszym słodkim, które było obrzydliwe i słodkie tylko w wyobraźni.

WP_20140819_006

Kościół wybudowany w 1910 roku, malutki, piękny. Jeszcze przed wjazdem do miasta.

WP_20140819_007

„W porze deszczowej jest tu więcej wody”…

WP_20140819_008

Kierowca spoko, w połowie Indianin, w połowie Libańczyk i zdjęcie zrobione ;)

WP_20140820_001

Łapanie stopa urozmaicają czasem piękne widoki, tym razem na przeciwko mnie znalazła się taka śliczna konstrukcja!

WP_20140819_034 WP_20140819_033 WP_20140819_032 WP_20140819_030 WP_20140819_022 WP_20140819_16_20_52_Panorama WP_20140819_016 WP_20140819_015 WP_20140819_014 WP_20140819_009

No i na zakończenie jeszcze trochę o tym co najciekawsze, bo przecież nie przyjeżdża się do Brazylii po to żeby oglądać miasta (chyba, że jest to Rio de Janeiro). 250 km na północ od Brasilii znajduje się park Chapada dos Veadeiros. Chapada to nic innego jak płaskowyż, a Veadeiros… cóż, wierzę, że tylko nazwa. Dotarcie tu nie było aż tak proste, bo jak zobaczycie na mapie gdzie jest położony to zrozumiecie dlaczego żeby dotrzeć do Sao Jorge przez 30 km jedzie się drogą z piasku. Obecnie buduje się tam drogę asfaltową, więc przy okazji możecie sobie wyobrazić mnie, wyjeżdżającego stamtąd stopem, którego mija jedna po drugiej pracująca ciężarówka zostawiająca za sobą kilkumetrową kolumnę suchego pyłu. Wspomniana wieś, gdzie znajduje się wejście do parku zamieszkana jest przez, może, 1000 osób i panuje tam niesamowicie pozytywna atmosfera, na wielu ścianach są różne ciekawe malowidła, a miejsce ma typowo hipisowski klimat. Dzięki temu, że jest położona w środku parku i w około nie ma wielu świateł, idzie ujrzeć przepięknie rozgwieżdżone niebo oraz drogę mleczną. W samym parku turyści mają do dyspozycji 2 ścieżki, łącznie w upalnym słońcu do przejścia około 20 km, które ja zakończyłem kąpielą pod wodospadem i muszę przyznać, że nigdy nie przypuszczałem, że spadająca woda ma aż taką siłę. Pomimo tego, że liczyłem zobaczyć tam więcej dzikich zwierząt, to widoki prezentowały się rewelacyjnie, a to że warto bylo się poświęcić potwierdziło się jeszcze podczas dojazdu, gdy z samochodu ujrzałem 2 ogromne niebiesko żółte papugi zwane Arara. W momencie gdy wzbiły się w powietrze mojej radości nie było końca, przez co myślałem, że kierowca mnie wyrzuci z samochodu. Wyglądało to idealnie, perfekcyjnie, w 100%  tak jak na filmach z youtube!

WP_20140812_013

Dobra… tu nie widać, że się kurzy, ale uwierzcie mi, że jak przejeżdżała ciężarówka to wyglądało to jak 30 sekundowa burza piaskowa (choć takiej jeszcze ani razu nie przeżyłem ;))

WP_20140812_014

Do miasta dojechałem o 15 i niestety do parku można wchodzić tylko do godziny 12. Żeby nie zmarnować dnia zdecydowałem, że się przejdę do punktu widokowego. Ten jednak był daleko w lesie, słabo oznakowany i jakieś 600 metrów przed celem zrezygnowałem. Po drodze jednak natknąłem się na ciekawy domek…

WP_20140812_016

Czekając tego samego dnia na zachód słońca coś zaczęło szeleścić w trawie… Jednak pomimo tak fajnego widoku, po zachodzie stało się coś lepszego. Pierwszy raz widziałem kogoś kto używał drona. Wzbił robota parędziesiąt metrow w powietrze, po czym oglądaliśmy wspólnie miejsce, w którym się obecnie znajdowaliśmy przez bezprzewodowe okulary. Wojskowa technologia!

WP_20140812_022

WP_20140813_001

Takie malowidła moż a było podziwiać w małym, lecz interesującym Sao Jorge.

WP_20140814_014

Dzień po zwiedzaniu parku udałem się parę km dalej do Vale da Lua, czyli Księżycowej Doliny. Nazwę zawdzięcza tym kamieniom, które są kilkukrotnie większe od człowieka i z niewiadomych przyczyn są takim dziwnym korytem dla rzeki.

WP_20140814_09_10_16_Panorama

Rzeki, która w porze suchej jest prawie niewidoczna.

WP_20140814_013

Tam ponownie natknąłem się na „domek” w lesie.

WP_20140814_020

A na drodze powrotnej…

WP_20140814_021

… natknąłem się na kolejne piękne widoki.

WP_20140814_002

W dojeździe do Vale da Lua miałem trochę szczęścia, po paru km na piechotę wzięła mnie ciężarówka, a później w bagażniku jacyś koledzy kierowcy podwieźli kolejne 2 km bliżej ;)

WP_20140814_005

Przez pomyłkę zajechali ze mną za daleko, ale na końcu chatki takie jak ta ukazały się moim oczom ;)

WP_20140812_010 WP_20140814_008
WP_20140813_024 WP_20140813_023 WP_20140813_021 WP_20140813_019 WP_20140813_014 WP_20140813_011 WP_20140813_007 WP_20140813_005 WP_20140813_003 WP_20140813_002

WP_20140814_028

Po powrocie, jadąc do Goianii utknąłem w Brasilii. Nie wiem co się stało, ale tego dnia powietrze wyglądało jakby pełne kurzu przez co obraz szarości sprawił, że zachód słońca nabrał nadzwyczajnego uroku!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s