Tam, gdzie zapach prochu jeszcze unosi się w powietrzu…

Wyjazd na Bałkany to nie to samo co zbliżająca się wielkimi krokami wycieczka do Brazylii, ale z pewnością wyprawa w nieznane, którego największymi niewiadomymi były właśnie Kosovo i Albania. O ile o tej drugiej nic złego nie słyszałem i tylko wewnątrz mnie był ten dreszcz emocji, to o nowo powstałym europejskim kraju naczytałem się wiele. Zaminowane pola, wojsko na ulicach, kraj krótko po wojnie… Jednym słowem, wiele złego i prawie nic dobrego, czyli miejsce, które przyciąga!

Granice jak zwykle musiałem przejść piechotą. Był korek więc kierowca, który mnie dowiózł otwarcie zaproponował, żebym na niego nie czekał, tylko pytał po drugiej stronie czy mnie ktoś weźmie, bo on jeszcze i z dwie godziny pewnie postoi. Pragnę dodać, że przejście po stronie czarnogórskiej wyglądało o wiele lepiej niż to, które zaraz zobaczycie na zdjęciu.

IMG20130810_003 Czytaj dalej

Kraj, w którym idzie się zakochać!

Po za Turcją, w większości zwiedzanych krajów spędziłem po dwa, trzy, góra cztery dni. Ze względu na ograniczenia czasowe, w Czarnogórze sytuacja miała się dokładnie tak samo. Mimo wszystko przez ten krótki okres czasu to małe państwo przekonało mnie do siebie bardzo mocno. Piękne krajobrazy wysokich, skalistych gór, piaszczyste plaże i niewielkie dystanse do pokonania między nimi sprawiają, że jest to miejsce idealne do wypoczynku przez cały rok – latem nad wodą, a zimą na „desce” czy nartach.

Przez koty w Kotorze, które nie dały mi spać to co miałem zobaczyć zrobiłem bardzo szybko, a później czekałem bardzo długo, żeby wyjechać z miasta. Planem na dziś, zweryfikowanym przez przepiękną rzeczywistość Montenegro, było dojechać do mostu Durdevicia na rzece Tara. Ostatecznie „utknąłem” 40 km od celu, ale dzięki temu wreszcie uzupełniłem zapasy jedzenia i picia.

IMG20130807_009

Tu zaczynałem…

Czytaj dalej

„Walka” o Kotor

Wreszcie moje życie choć na chwilę się uspokoiło i po załatwieniu szczepień, wizy, po części rozwiązaniu sprawy z biletami, wreszcie mam wolny weekend, podczas którego tylko odpoczywam. Wbrew pozorom idea bloga nie przyszła z dniem założenia fanpag’a na fejsbook’u, lecz dużo, dużo wcześniej, gdy w wakacje po kilkunastodniowym pobycie w domu stwierdziłem, że biorę namiot i jadę na Bałkany, a może nawet i do Turcji odwiedzić swoich znajomych z Erasmusa. Cała podróż trwała łącznie ponad 40 dni, wydałem 110 euro i zwiedziłem łącznie 11 krajów. Poprzednie wpisy, przeniesione z pierwszego bloga znajdziecie w tym dziale.

Obudziłem się na chorwackiej, kamiennej plaży nad Adriatykiem, chociaż Polacy, którzy wywieźli mnie z „piekła” jakim była Hercegowina proponowali dzień wcześniej nocleg w swoim domku. „Wreszcie dzisiaj dojadę do Dubrownika, to już tylko 100 km” – pomyślałem. To co próbuję zrobić od jakichś 5 dni w końcu się uda! Bez większego pośpiechu spakowałem ciuchy, później wskoczyłem do wody, żeby trochę popływać, wysuszyłem się na słońcu, a na mojej skórze pojawił się biały osad, spowodowany ogromnym zasoleniem morza. Gdy słońce zaczęło grzać zbyt mocno, zniknąłem z plaży, trzeba pracować, samo się nie „dojedzie”…

Czytaj dalej

Dzień 10. – "Bośnia taka nieprzyjazna"

W nocy ciągle szczekały jakieś psy, gdzieś tam z boku przechodzili ludzie, jakoś jednak bez problemów się obudziłem, na szczęście było jeszcze wcześnie i słońce nie grzało tak mocno co dawało nadzieję, że uda mi się złapać coś z „piekła” dopóki nie spalę się żywcem!

Jakąś godzinę później dotarłem do głównej drogi, gdzie do granicy z Chorwacją zostało z 40 kilometrów w linii prostej więc oczywistym celem na dzisiaj był Dubrownik. Pełen wiary, że się uda znalazłem miejsce gdzie chociaż połowicznie stałem w cieniu i czekałem… czekałem… a ten robił się coraz mniejszy, bo słońce szybowało z minuty na minutę coraz wyżej. Około 11 znalazłem drzewo, które idealnie mnie zakrywało i po raz kolejny odzyskawszy wiarę stałem wyprostowany, z kartką, kciukiem i uśmiechem na twarzy licząc na to, że coś mnie złapie… I jedyne co mnie złapało to wysoka temperatura – 44 stopnie w cieniu wystarczały, żeby sobie ugotować jajka i sprawiały, że czułem się jak dosłownie jak na pustyni, a mój organizm zaczął wysiadać. Począwszy od utraty sił, przez dekoncentrację do senności po kolejnej godzinie siedziałem pod drzewem już tylko udając, że coś łapię.

Czytaj dalej

Dzień 9. – Mostar i Medjugorje.

Ponieważ była duża przerwa od ostatniego postu z tej wycieczki to pokrótce chciałem powiedzieć, że „w ostatnim odcinku” byłem w Sarajewie, a w zasadzie spałem w parku, obudziłem się rano i ze 125 km przejechałem może 10 z czego ponad połowę tramwajem na wylotówkę. Żeby było jeszcze dramatyczniej dodam, że przez parę dobrych godzin stałem w słońcu w temperaturze może i powyżej 40 stopni, przeżyłem „zawał serca”, gdy wydawało mi się, że ktoś próbuje zabrać moje rzeczy leżące w rowie przy drodze, podczas gdy ja szukałem cienia, no i ostatecznie chyba nie udało mi się przez 10 godzin stania na ulicy opuścić nawet granic stolicy Bośni… Czytaj dalej

Dzień 8. – Zdarzają się dni gorsze i lepsze…

Jak wspomniałem, ze względu na inteligentne rozłożenie namiotu z górki na twardej ziemi, wyspałem się jak nigdy, a od samego rana widok mojego namiotu przyciągał różne psy – na szczęście chociaż nie przyciągnął policji i nie musiałem się tłumaczyć dlaczego śpię w parku w centrum miasta i jak wysokiego mandatu i tak nie zapłacę bo w końcu kto będzie się fatygował, żeby go wysłać do Polski skoro po drodze pewnie zaginie już na starcie…

Czytaj dalej

Dzień 7. cz. 2 – "Sarajevo"

Co tu dużo mówić – po prostu kosmos. Wjazd do Sarajeva od strony, o ile dobrze pamiętam, wschodniej był czymś czego nie zapomnę do końca życia i niestety 3Mpx aparat robiąc zdjęcie pod słońce nie jest w stanie oddać tego co widziałem, także musicie zdać się na mój „barwny” opis.

Kierując się ku stolicy, droga wiodła przez góry, a im bliżej centrum tym skalne przepaście czy wzniesienia były coraz to bardziej oszałamiające. W pewnym momencie zacząłem wariować i rozglądałem się to na lewo, to na prawo, to w tył… dosłownie wszędzie. Wreszcie, gdy byliśmy parę kilometrów od celu w oddali z tej górskiej, niesamowitej drogi zobaczyłem jakieś domki, a gdy wskazałem na nie palcem i kierowca powiedział, że tam właśnie mieści się stolica to zaniemówiłem, a chwilę później poczułem jedno z moich ulubionych uczuć – gdy moje życie zaczyna przypominać film!

Czytaj dalej