Belgia!

Wybierając się w poprzednim miesiącu do Kuby w planie miałem Paryż, Amsterdam i Londyn, w dowolnej kolejności i oczywiście, jeżeli dopisze pogoda. Po Holandii stwierdziłem jednak, że do Anglii już nie chce mi się jechać i wolę być na drodze do domu niż znów z niej zbaczać. Moja znajoma była strasznie zawiedziona tym, że zmieniłem plany, no ale czasem dla dobra własnego warto to zrobić.

Jak wspominałem wcześniej, obrzeża stolicy Holandii opuściłem ze znajomymi współlokatorki Kuby, którzy podwieźli mnie okoo 50 km na zachód z samego rana dzięki czemu zdążyłem jeszcze zobaczyć Delft. Tego dnia na mojej drodze miała znaleźć się także Antwerpia i ostatecznie wieczorem Gent, gdzie miałem załatwiony nocleg przez CouchSurfing, ale brzydka, deszczowa pogoda sprawiła, że jechałem prosto do celu, gdzie czekał na mnie Dries, który postanowił zrobić pod wieczór wycieczkę po mieście dla grupki Włochów i powiedział, że jak dojadę to mogę do nich dołączyć!

Czytaj dalej

Delft

Od mojego przyjazdu do wyjazdu to co się działo można pominąć, bo moja egzystencja ograniczała się do odpoczynku, wychodzenia do sklepu i pisania listu motywacyjnego, który musiałem złożyć wraz z pozostałymi dokumentami w celu aplikacji o praktykę w Azji.

Po blisko tygodniu nic nie robienia, wreszcie zdecydowałem się wyjechać. Dużo do pokonania nie było, bo zaledwie 220 do Gent, po drodze miałem w planie zobaczyć Antwerpię i na ~16 dojechać do celu, ponieważ mój Couchsurfer zaproponował, żebym dołączył do grupy Włochów i razem z nimi zwiedził miasto.

Czytaj dalej

Eindhoven i… Iran

Po świętach przyszedł czas na powrót, ponownie przed Eindhoven, jednak tym razem z jedno dniową przerwą. Jako, że lotnisko nie jest otwarte całą dobę, spałem na couchsurfingu, a żeby nie wydawać pieniędzy, których i tak nie mam, do miasta zrobiłem sobie ok 2 godzinny spacer. Godnego uwagi podczas mojego pobytu tutaj nie zdarzyło się nic po za potwierdzeniem, że Czarny to chachment i w większości przypadków ci ludzie są pasożytami zatruwającymi i tak już chory „organizm” holenderski. Po za kradzieżą oraz sprzedażą narkotyków i straszeniem turystów swoją obecnością „wyróżniają” się jedynie tym, że są niewidzialni w nocy… Czytaj dalej

Amsterdam cz. 4

I wreszcie pomimo braku tego czasu udalo mi sie zmontowac caly filmik. Na pewno arcydzielem on nie jest, ale dopiero sie ucze. Mam nadzieje, ze sie spodoba, wiec zapraszam do ogladania!
    

tonykososki.

Holandia

Nie samym Amsterdamem żyje turysta, czy Holender choć jak wiadomo jest to największe i wydaje się być najładniejszym miastem w tym malutkim kraju, bo oferuje niemal wszystko od wspomnianej wcześniej pięknej zabudowy z niekończącymi się kanałami po prostytutki i legalne narkotyki włącznie.
Ostatniego dnia pobytu moich znajomych na „plenerze artystycznym” musiałem wraz z nimi z rana opuścić domek najlepiej tak żeby nauczyciele mnie nie zauważyli oraz właściciel, który dzień czy dwa wcześniej kłócił się ze mną najpierw o to, że nie da mi worków na śmieci bo „my” w nie pakujemy obrazy (w Holandii worki na śmieci robią z domieszką złota, i to dlatego taka reakcja na moją drugą prośbę), a sekundę później spytał z jakiego domku jestem i usłyszawszy „Floryda 52” nakrzyczał na mnie i powiedział, że on musi z nami porozmawiać bo robimy hałas, już miałem mu odpowiedzieć, że „od zmierzchu do świtu robimy dym, demonologia…” ale kazał mi się czym prędzej wynosić bo już „nie chce mnie więcej widzieć”.
Oczywiście moja ewakuacja poszła bez problemu, nikt nie kazał mi płacić za ponad tygodniowy pobyt przez co wydałem w tydzień może 10-20 euro. W końcu po opuszczeniu campingu musiałem dojechać do Maastricht, skąd miałem dnia kolejnego o 22 wylot do Portugalii, ponieważ tutaj studiuję, a nocleg załatwiłem sobie na Couchsurfing’u u jednego Polaka, który akurat na południu Holandii mieszkał.
Do pokonania autostopem było około 200 kilometrów, czyli jak na cały dzień niewiele, a dodatkowo niedaleko miejsca gdzie mieszkaliśmy znalazłem dobry punkt do oczekiwania na swojego szofera. I tak najpierw podjechałem ok 40 km na stację benzynową, później stamtąd zgarnął mnie Pan jadący do Nijmegen, który kierował się z Amsterdamu żeby zobaczyć mecz swojej ulubionej drużyny (NEC Nijmegen), która grała derbowe spotkanie z Vitesse Arnhem. Jak dowiedziałem się, że jest okazja „poczucia” klimatu Eredivisie to od razu ciśnienie mi podskoczyło, jednak kierowca nie mógł mnie zabrać na mecz, ponieważ zgarniał kolegów gdzieś w centrum i ostatecznie tam mnie zostawił. W związku z tym, że miasto nie jest duże, a ja pokonałem już jakieś pół drogi do celu i było przed 12 postanowiłem przejść się chwilę i jechać dalej. Pod względem ludzi na ulicy prezentowało się gorzej niż Gdańsk po północy i przypominało opustoszałe. Dopiero jak godzinę później kończyłem spacer zaczęli się pojawiać jacyś przechodnie.
Pustki, pustki wszędzie!
W końcu około 17 dotarłem do Maastricht, ale jeszcze 20 km przed nim podjechał do mnie żółty samochód i myślę – „o ho! zaraz będzie… :D”. Wysiadł Pan z samochodu i mówi:
-„English, Deutch, German?”
+ Polish
-„Do you speak English?”
+ Sure
– „Do you know that you are on the highway?”
+ „I thought that it is only entrance way and highway is that one (droga obok). Anyway i was dropped here by last driver…”
– „You cannot autostop here. It is very dangerous.”
+ „Well, it doesnt seems so…”
– „The penalty for this is 340e, do you want to pay penalty?”
+ „Well in this case it seems extremely dangerous”
Does it seem dangerous somehow ?!
Cała rozmowa była wbrew pozorom przyjemna i pracownik zamiast wzywania policji i mandatu zaproponował, że podwiezie mnie do najbliższego wyjazdu z drogi i dalej muszę martwić się sam jak tu kogoś złapać. A droga była słaba, raz na 5 minut jechało auto i myślę sobie – lipa… W końcu po 20 minutach jechałem prosto do celu mijając po drodze lotnisko.
Maastricht wydaje się być miastem godnym polecenia. W związku z tym, że miałem tylko parę godzin i ciężki plecak oraz „na głowie” rozwiązanie sprawy z moim noclegiem było to niezbyt wiele, jednak wygląda na to, że stare miasto całe zobaczyłem i będąc szczerym – jeżeli chcesz zobaczyć jakieś inne miasto, żeby sprawdzić jak tam wygląda życie to jak najbardziej polecam. Wygląda na to, że rowery są wszędzie… nie tylko w Amsterdamie, a chociażby Coffeeshopów już brak (po za jednym)!
W końcu około 22 dotarłem do swojego couchsurfera, a że oboje byliśmy zmęczeni to chwilę pogadaliśmy i poszliśmy spać. Na drugi dzień około 14 wyszedłem na drogę i przed 16 byłem na lotnisku oczekując na swój lot do Porto!
Największe marnotrawstwo… zabrali mi wódkę, po czym zaoferowałem temu który ją skonfiskował, żeby sobie wziął i wypił skoro już ja nie mogę jej przewieźć, a ten powiedział, że nie może i wywalił do kosza! Żegnaj :(
No i nic ująć nic dodać, Porto. Wszyscy kochają Porto!
Jeszcze trochę Heinekeningu, a do odlotu pozostało jakieś 5h.

Na zakończenie dla tych którzy nie widzieli wstęp do całego filmu z Amsterdamu – nazwijmy to „jak Twoi znajomi są gotowi na Twoje przybycie”

tonykososki

Czytaj dalej

Amsterdam cz. 3

Amsterdam, który dla większości ludzi kojarzy się tylko z legalizacją „zielska” posiada jeszcze wiele innych zalet, dzięki którym w mojej klasyfikacji plasuje się w czołówce miast, w których miałem przyjemność gościć do tej pory.

Jadąc do Holandii pierwszy raz w życiu po za tym jedynym aspektem sam nie wiedziałem czego mogę się po stolicy kraju wiatraków i tulipanów spodziewać. Jakoś na drugi dzień po moim przyjeździe zdecydowałem się pokonać 10 km, żeby zobaczyć co i jak i szczerze miasto to zrobiło na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Zazwyczaj preferuję te nie większe niż mój Gdańsk i zawsze jak tylko wjadę gdziekolwiek czuję czy dane miejsce lubię czy nie – tak było w przypadku Londynu, który jakoś nie przypadł mi do gustu ze względu na rozmiar, Madrytu, którego nienawidzę i Amsterdamu, gdzie pomimo zmęczenia podróżą i konieczności wydania 2,8 euro na najtańszy bilet metra, czułem się bardzo dobrze. Jako biedni studenci później opracowaliśmy bezpłatny dojazd i wyjazd z miasta, dzięki czemu jedynie czas stanowił o tym czy komuś się chciało jechać czy nie. I tak mojego pierwszego dnia zwiedzania z Kasią „delektowaliśmy” się widokiem kanałów, przez co momentami Amsterdam wygląda jak Wenecja, naszym spaghetti przygotowanym na wypadek „gastro” i zwiedzając czekaliśmy na dotarcie Kuby. Nie trudno zauważyć, ze kult roweru rozwinięty jest aż do przesady i tak w centrum miasta jest 2 pasmowa ulica po której jednocześnie jeździ tramwaj, rowery, są remonty i w tym wszystkim barierka przy kanale została usunięta chyba tylko po to żeby tych którzy nie decydują się na rower zachęcić do pływania… Bądź co bądź ten jednoślad, na który wszędzie trzeba bardziej uważać niż na samochody jest kolejnym symbolem Amsterdamu.Wreszcie trzeba też oddać, że te wszystkie rzeczy wspomniane wyżej w nocy wyglądają jeszcze lepiej, może nie o tyle lepiej co waćpanny na nocnej zmianie od tych z pierwszej i drugiej, ale na pewno dużo korzystniej. Podświetlane kanały, wiele wąskich uliczek, wszędzie stojące już wspomniane rowery dodają także na swój sposób romantyczności tego miasta i jedynie pamiętać należy, żeby czasem z tą swoją drugą 0,5 nie zajść przypadkiem na „Red Light District”, bo panie za szybami prezentują się imponująco, przynajmniej do momentu kiedy nie otworzą drzwi żeby z nimi porozmawiać… ;)

I mojego przed ostatniego dnia idąc centrum miasta po raz kolejny poszedłem popatrzeć, tym razem po to żeby się przekonać czy „panny lekkich obyczajów” w ciągu dnia są faktycznie brzydsze niż te tańczące w nocy. Maszerując jedną z wąskich ulic zobaczyłem chłopaczka, w wieku może 17 lat palącego dżoja i na jego widok uśmiechnąłem się pod nosem myśląc „Amsterdam”. Jeszcze za nim go zaobserwowałem moją uwagę przykuła dość stara jak na ten zawód, z dużo za dużą nadwagą murzynka stojąca za jedną z setek szyb. W głowie miałem jedną myśl „kto takiej zapłaci”, doszedłem do jednego z kanałów, przystanąłem i obróciłem się. Chłopaczek brał ostatnie buchy po czym podszedł do niej, zaczął się targować i w końcu za 20 euro dobili interesu. Cała sytuacja miała miejsce w odległości może 10 metrów od kościoła położonego w centrum czerwonej dzielnicy. Wtedy się zreflektowałem i pomyślałem jeszcze raz – „AMSTERDAM”.

Wspomniany kanał bez barierki, uwierzcie mi przy natłoku ruchu naprawdę ciężko się przechodziło!
Zbliża się noc
„Nasz” coffee shop. Trzeba przyznać, że jest to ciekawe, że w Polsce za niewielką ilość można iść do więzienia, podczas gdy tutaj po prostu wchodzisz, pokazujesz dowód i bierzesz ile chcesz ;)
Na wszelki wypadek dla „zjarańców”
Amsterdam Arena
Przyjedź do Warszawy zobaczyć Gdańsk – wiedza holenderskich biur podróży o Polsce…
Tam gdzie chyba każdy musi mieć obowiązkowo zdjęcie
Cóż, jest tu miejsce dla każdego…
Nawet znajdziemy chińską dzielnicę!

tonykososki

Czytaj dalej

Amsterdam? Wiadomo, wiadomo! cz. 2

Gdy Kuba już zasnął, trzeźwa Teresa postanowiła, że powinna go obudzić, bo jeszcze chłopak się przekręci spadnie i coś sobie zrobi. Jak zobaczycie poniżej suszarka nie przyniosła skutku więc trzeba było użyć bardziej niekonwencjonalnych metod jak zwykłe szturchanie i na szczęście się udało, a po przebudzeniu jedyne słowa jakie usłyszeliśmy, a których niestety na filmie nie ująłem to „easy, easy ja ogarniam” – czy coś na ich kształt.

Czytaj dalej