[ENM] Peniche, Lizbona i Olhos d’Agua!

Erasmus National Meeting, w skrócie ENM, to impreza, która odbywa się co roku na południu Portugalii w rejonie Algarve. Tej wiosny miała miejsce już X edycja i po raz kolejny do Olhos d’Agua zjechali się studenci z całego kraju wspólnie świętować to, że dane im jest przeżywać przygodę swojego życia w tym mniejszym kraju położonym na Półwyspie Iberyjskim. Jak zawsze ilość miejsc była mniejsza niż liczba chętnych i oczywistym jest, że do grupy „szczęśliwców” się nie załapałem, ale że nie ma tego złego co na dobre by nie wyszło jakoś sobie poradziłem i 17go kwietnia byłem tam gdzie wszyscy, żeby wspólnie z pozostałym tysiącem ludzi z całego świata przez kolejne trzy dni celebrować nasz czas!

Z Nazare do Lizbony jechałem cały dzień, bo przedtem jeszcze udałem się do najdalej wysuniętego punktu na zachód Europy, czyli Peniche. Brak jakichkolwiek oznaczeń, miasteczko przypominające slums i prawie całkowity brak turystów wzbudzał podejrzenia, ale wreszcie przeszedłem te 4 km, żeby po raz kolejny poczuć się jak „na krańcu świata”. Szkoda, że później okazało się, że to czego szukałem znajduje się w innym, o wiele ładniejszym miejscu, które nazywa się „Cabo da Rocha” i leży około 40 km na zachód od stolicy Portugalii, do której „rzutem na taśmę” dojechałem przed nocą, prosto na lotnisko, gdzie dopadła mnie zła karma, a zwykłe zapytanie o anulację biletu skończyło się jego rzeczywistym zniknięciem. Parę godzin później w tym samym miejscu spotkałem Silvio i Fabio – kolegów, którzy tego dnia wracali do Włoch na święta. Kolejnego dnia zabrałem się za zwiedzanie Lizbony, wreszcie po dwóch latach odkryłem, gdzie jest Bairro Alto (miejsce najlepszych imprez), zobaczyłem słynne Lizbońskie żółte tramwaje oraz dotarłem do „różowej ulicy”, którą kiedyś znalazłem w internecie, a dzięki innej znajomej, która przypadkiem dowiedziała się, gdzie jestem nie musiałem spać po raz kolejny w namiocie i po paru dniach drogi wziąłem porządny prysznic!

WP_20140414_003

WP_20140414_005 Czy najdalej wysunięty punkt na zachód Europy czy nie, to wciąż tak wygląda zachodnia ściana Europy!

Czytaj dalej

Weekend – we can!

WP_20140512_20_09_06_Panorama

Jak każdy z nas chyba wie, natłok rzeczy do zrobienia w życiu nigdy nie rozkłada się po równo, ale zawsze przybiera na sile gdy zbliża się deadline. W moim przypadku ostatecznym terminem jest wylot z Europy, czy samej Portugalii, a że do tego drugiego zostało tylko 12 dni to już od początku maja sprawy przybrały na sile i tak chociażby szóstego dowiedziałem się, że przedstawiciele Iberii, którzy mieli mnie poinformować ile pieniędzy mógłbym dostać za skasowanie biletu powrotnego z Brazylii, całkowicie anulowali wszystkie moje loty i obecnie pomimo tego, że mam zrobione szczepienia, kupiony przejazd do Berlina to w całej budowli brakuje najważniejszego – fundamentu.

Początkowo wspomniana sprawa wyglądała nieco śmiesznie i nieprofesjonalnie. Dostałem maile z jakimiś wyliczeniami i bez żadnych wyjaśnień kazano mi podać numer konta, żeby przelać „odzyskane” 50% zapłaconej kwoty. W panice zacząłem pisać wiadomości w celu wyjaśnienia i okazało się, że cała moja rezerwacja jest na miejscu, nikt niczego nie usunął i raczej to nie nastąpi… W związku z tym, już bardziej spokojny parę dni później pojechałem odebrać Kasię z lotniska w Porto, żebyśmy od momentu postawienia jej stopy w Portugalii, mogli celebrować nasze małe wielkie spotkanie „starych” Erasmusów.

WP_20140509_004

Więc tak wyglądała moja twarz, gdy zaczynałem podróż do Porto…

WP_20140509_003 Czytaj dalej

Covilhã

428888_428587653854238_743767392_nGdy na drugim semestrze pierwszego roku studiów zacząłem zastanawiać się nad wyjazdem na Erasmusa nie miałem dokładnie sprecyzowanego gdzie chcę jechać. Jedyne co było pewne to to, że chcę. Spośród tej całej niepewności mimo wszystko najmocniej ciągnęło mnie do Hiszpanii, jednak sympatyczna i dająca nadzieję odpowiedź najszybciej przyszła z Portugalii, której jedynym reprezentantem na Politechnice Gdańskiej był „Universidade da Beira Interior na Covilhã”.

Przed wyjazdem na Półwysep Iberyjski jedyne co tym kraju wiedziałem to to, że stolicą jest Lizbona, znanymi klubami są Benfica, Sporting, FC Porto i po części Sporting Braga, która parę lat wcześniej wyeliminowała Lecha Poznań z Pucharu UEFA, temperatura nawet zimą jest wysoka, kraj ma długą linię brzegową więc będę na pewno mieszkał blisko oceanu. Gdy wreszcie  w pierwszym tygodniu czerwca dostałem odpowiedź, że zakwalifikowałem się na kurs językowy oraz wymianę byłem bardzo szczęśliwy, po czym zacząłem wyszukiwać gdzie jest miasto, w którym spędzę przynajmniej najbliższe pół roku.

To, że żadna drużyna nie kojarzyła mi się z Covilhą nie napawało optymizmem, no ale przecież nie samą piłką żyje człowiek! Użyłem swoich zdolności zdobywania informacji i po 15 sekundach Google wyświetliło mi, że miejsce leży „wewnątrz” kraju, do stolicy lub Porto odległość jest ta sama – po 250 km, ocean może zobaczę, ale tylko jak wyjadę na weekend i wreszcie całe miasto położone jest w górach, gdzie panuje nieco inny klimat niż chociażby we wspomnianych znanych miastach. Po przeczytaniu tego wszystkiego zacząłem się zastanawiać, czy to na pewno będzie wyjazd mojego życia i czy kilkudziesięciotysięczne miasteczko spełni moje oczekiwania jako miasto, czy znajdę tu jakieś większe sklepy, kluby i co najważniejsze, czy w ogóle ktoś tam jeździ na Erasmusa skoro to takie zadupie?

Pierwsze co zauważyłem po przyjeździe to to, że są tu prawie sami Polacy, dodatkowo nie jest nas wcale dużo, bo łącznie na kurs chodziło tylko 17 osób, warunki w akademiku są jakie są, ale ujdą. Pierwsze zdanie jakie wypowiedziałem to: „ale tu będzie nudno!” po czym nasze pierwsze spotkanie zakończyło się o 5:30 nad ranem, a do grona „samych Polaków” dołączyli Hiszpanie oraz kolega z Portugalii, który nie mógł wejść do akademika więc musieliśmy go wciągać po prześcieradle przez okno na pierwsze piętro… całkiem ciekawie, jak na pierwsze dwanaście godzin pobytu.

Pierwsze wyjście w miasto pokazywało, że jest to niestety miejsce studenckie i żyje tylko wtedy gdy są w nim młodzi ludzie. Przez pierwsze półtora miesiąca ciężko było natknąć się na kogoś nowego w swoim wieku, mimo wszystko cały tamten czas jest dla mnie wyjątkowy. Chcąc nie chcąc jakoś udawało nam się poznawać nowe osoby, więc „życie” szło do przodu. W połowie września wreszcie zaczął się prawdziwy Erasmus i wreszcie zaczęli zjeżdżać się masowo ludzie do PAC’a – naszego nowego akademika, który wyglądem przypominał nieco więzienie. Witanie się codziennie z przynajmniej dwudziestoma nowymi twarzami stało się czymś normalnym, aż  po czasie męczącym, ponieważ po raz kolejny „nie wiem jak się nazywasz, przepraszam”.

524924_540383712644373_638456204_n

Z czasem zaczęło się więcej podróży, okazało się, że jest gdzie spędzać czas nocą, a  międzynarodowe towarzystwo sprawiało, że nikt się nie nudził. W chwilę cały akademik stał się jedna wielką rodziną, w której każdy akceptował każdego takim jakim ten był. Wkrótce zdałem sobie sprawę, że jest to idealne miejsce do życia, bo jest tu tanio, bardzo nawiązać nowe znajomości, wszędzie można dojść pieszo, a gdzieś dalej dojechać autostopem i z natłoku zajęć całkowicie zrezygnowałem z oglądania piłki nożnej, więc tym bardziej brak dużego klubu przestał mi w jakikolwiek sposób doskwierać.

936867_617993924880113_96787032_n964756_542343582478644_1196537165_o

Dopiero teraz zdaję sobie chyba sprawę, że otworzyłem się na „Covi” , a ta pokazała mi to co ma najlepsze. Każdy wschód słońca jest niesamowity, a jeszcze bardziej nadzwyczajne są wchody księżyca, który w czerwcu zeszłego roku miał ogromne rozmiary, a jego kolor z krwistoczerwonego przez prawie pomarańczowy i żółty przechodził wreszcie do tradycyjnego białego. Każde drzewo, ławka czy nawet miejsce na trawniku w „jardimie”, z którego owe zjawiska idzie podziwiać ma dla mnie swoją własną historię. Im bliżej wyjazdu, tym więcej zacząłem dostrzegać – ta sama, codzienna droga na uniwersytet stała się niecodzienna, a nawet uczelniane budynki zaczęły się podobać.

1497982_682054331840901_1329804841_o

Wreszcie należy wspomnieć,  że zawsze najważniejsi są ludzie. To oni tworzą miejsce, sprawiają, że nasza rzeczywistość staje się bardziej kolorowa, a niewiarygodne jak i codzienne chwile przechodzą do historii. Tu przyjechały wspaniałe osoby, z których większość miała jakąś pasję i myślała poza schematami. Dzięki nim choć przez chwilę przestałem się zastanawiać co będzie juro, wszyscy żyliśmy z dnia na dzień. Całe moje „pierwsze wrażenie” po przeczytaniu suchych informacji z internetu prysło i można powiedzieć, że jak wiele osób będących tutaj zakochałem się w Covilhi i nie wyobrażam sobie tego, że za niecały miesiąc opuszczę to miejsce bezpowrotnie!

62322_542109912546149_1865103077_n

COVILHÃ TO RAJ DO KTÓREGO KAŻDY Z NAS TRAFIŁ PRZYPADKIEM!

[ENM] Fatima i Nazaré

WP_20140412_013

Erasmus National Meeting, w skrócie ENM, to impreza, która odbywa się co roku na południu Portugalii w rejonie Algarve. Tej wiosny miała miejsce już X edycja i po raz kolejny do Olhos d’Agua zjechali się studenci z całego kraju wspólnie świętować to, że dane im jest przeżywać przygodę swojego życia w tym mniejszym kraju położonym na Półwyspie Iberyjskim. Jak zawsze ilość miejsc była mniejsza niż liczba chętnych i oczywistym jest, że do grupy „szczęśliwców” się nie załapałem, ale że nie ma tego złego co na dobre by nie wyszło jakoś sobie poradziłem i 17go kwietnia byłem tam gdzie wszyscy, żeby wspólnie z pozostałym tysiącem ludzi z całego świata przez kolejne trzy dni celebrować nasz czas!

Długo wyczekiwany tygodniowy weekend świąteczny wreszcie nastąpił i w sobotę po zaledwie kilku godzinach spania ruszyłem w trasę, która trochę okrężną drogą miała doprowadzić mnie na południe Portugalii! Ach…cóż za przyjemność podróżować latem, gdy słońce przygrzewa, a chłodny wiatr daje uczucie rześkości i komfortu, nic tylko czekać i czekać aż wreszcie ktoś się zatrzyma. Jeżdżenie w tym rejonie Europy nie należy do najłatwiejszych, a już na pewno nie dla chłopaka, niemniej jednak trzeba uzbroić się w cierpliwość i grzecznie czekać uśmiechając się do każdego nadjeżdżającego kierowcy, nawet gdy jego twarzy nie widzimy ze względu na odbijające się światło od przedniej szyby.

Czytaj dalej

Dzień 6. i 7. – Powrót do domu!

W związku z tym, że śpiwory były cały czas mokre po ulewie w Lagos jedyne co mogliśmy pożytecznego z nimi zrobić to położyć na namiot, żeby zmniejszyć wymianę ciepła z otoczeniem i liczyć, że nasz patent przyniesie jakiś rezultat, a temperatura na zewnątrz pozostanie przyjazna, żeby spać bez żadnego zakrycia. Jako, że nie spodziewaliśmy się tłumu turystów z rana, ani żadnych gości nocą postanowiliśmy zostawić niektóre rzeczy na zewnątrz, żeby mieć więcej miejsca w środku i móc się lepiej wyspać.

Jak wspomniałem w poprzednim poście ta cisza, spokój i brak ludzi wokół sprawiał, że miałem pewne obawy co do naszego bezpieczeństwa. I tak w nocy obudziłem się parę razy słysząc przejeżdżające obok nas samochody, czy trzaskające drzwi. Jednak najgorzej zrobiło się, gdy dochodziły do mnie dźwięki „ocierania” się czegoś o nasz namiot, które znikały i pojawiały się z powrotem. Jak to umysł człowieka potrafi przekształcić swoje myśli w horror, zacząłem odczuwać zagrożenie, które ostatecznie przyszło… o 9 rano w postaci właściciela baru.
Niefortunnie zostaliśmy zaskoczeni i po wyjściu z namiotu stał nade mną facet i krzyczy po portugalsku, po angielsku, a ja taki zaspany, nie za bardzo wiedziałem jak mu wytłumaczyć śmieci, otwarte butelki po alkoholu wypalone świeczki oraz czarną plamę na desce po spalonej farbie… jedyne co zrobiliśmy to szybko zabraliśmy nasze rzeczy uciekliśmy na plażę, pod klifami, tak daleko, żeby nas już nie widział. A żeby już więcej się nie narażać to użyliśmy alternatywnej drogi wyjścia i wspięliśmy się przez zapadnięty klif do góry i zniknęliśmy :).
Tym co ocierało się o namiot były szczury. I kto wie, może gdybyśmy zostawili jedzenie w środku, to zamiast jednej, mielibyśmy już 2 dziury :D?

Czytaj dalej

Dzień 5 cz. 4 – "Gra niewarta świeczki…"

Wreszcie gdy obeszliśmy nieco Sagres, schowaliśmy się przed deszczem, którego w końcu nie było, dobiegliśmy na piękny zachód słońca – zeszliśmy na plażę umiejscowioną pomiędzy innymi klifami, gdzie zdecydowaliśmy się spać w miejscu, które w poprzedniej części widzieliście. Gdy zeszliśmy na dół obadać całą sytuację, czy to na pewno jest zamknięte / opuszczone zobaczyliśmy dwójkę ludzi siedzących na tarasie i pijących piwo. Była to para z Anglii, która śmiało poinformowała nas, że jest już po za sezonem, a oni sami siedzą tutaj od prawie 2h (była jakoś 19:30 może) i nie widzieli kompletnie nikogo przez ten czas!

Zostawiliśmy przy nich nasze rzeczy i poszliśmy się przejść wzdłuż brzegu. Tu dopiero słychać było ten prawdziwy głos oceanu, który wydawał z siebie ryk co wraz z otaczającymi nas kilkudziesięciometrowymi klifami sprawiało, że oboje czuliśmy się malutcy, słabi, a potęga natury była nam tak bliska jak nigdy dotąd. Fale morskie, których grzbiety pokazywały się już parędziesiąt metrów od brzegu rozbijały się na skałach, czy wystających oddalonych od brzegu „kamieniach”. Sagres to niesamowite miejsce!

Czytaj dalej

Dzień 5 cz. 3 – Koniec świata

Więc po godzinie 16 staliśmy z powrotem na drodze. Kolejny marny dystans do pokonania tym razem wynosił może z 35 km więc jedyną opcją jaka nam pozostawała to dojechać jeszcze na tyle wcześnie, żeby zwiedzić co nieco i znaleźć dobrą kryjówkę na sen na wypadek powtórnego scenariusza z „dzisiejszej” nocy.

Po około 30 minutach czekania powiedziałem do Moniki, że powinniśmy iść trochę dalej, i stanąć na samej wylotówce z miasta w kierunku Sagres co zwiększy nasze szanse na podwózkę. Jako, że mówiąc to nie miałem zbytnio chęci ponownie zakładać ciężkiego plecaka i znowu iść te kilkaset metrów to za jej prośbą zostaliśmy jeszcze 5 minut, później jeszcze ostatnie 3 samochody i trzeba przyznać, że koleżanka miała nosa bo ostatni z tych 3 zatrzymał się, a kierowcą była kobieta (chwilę wcześniej rozmawialiśmy, że następne auto musi być kierowane przez kobietę, bo jeszcze żadna sama się nie zatrzymała po nas więc któraś musi uratować damski honor).

Czytaj dalej