Covilhã

428888_428587653854238_743767392_nGdy na drugim semestrze pierwszego roku studiów zacząłem zastanawiać się nad wyjazdem na Erasmusa nie miałem dokładnie sprecyzowanego gdzie chcę jechać. Jedyne co było pewne to to, że chcę. Spośród tej całej niepewności mimo wszystko najmocniej ciągnęło mnie do Hiszpanii, jednak sympatyczna i dająca nadzieję odpowiedź najszybciej przyszła z Portugalii, której jedynym reprezentantem na Politechnice Gdańskiej był „Universidade da Beira Interior na Covilhã”.

Przed wyjazdem na Półwysep Iberyjski jedyne co tym kraju wiedziałem to to, że stolicą jest Lizbona, znanymi klubami są Benfica, Sporting, FC Porto i po części Sporting Braga, która parę lat wcześniej wyeliminowała Lecha Poznań z Pucharu UEFA, temperatura nawet zimą jest wysoka, kraj ma długą linię brzegową więc będę na pewno mieszkał blisko oceanu. Gdy wreszcie  w pierwszym tygodniu czerwca dostałem odpowiedź, że zakwalifikowałem się na kurs językowy oraz wymianę byłem bardzo szczęśliwy, po czym zacząłem wyszukiwać gdzie jest miasto, w którym spędzę przynajmniej najbliższe pół roku.

To, że żadna drużyna nie kojarzyła mi się z Covilhą nie napawało optymizmem, no ale przecież nie samą piłką żyje człowiek! Użyłem swoich zdolności zdobywania informacji i po 15 sekundach Google wyświetliło mi, że miejsce leży „wewnątrz” kraju, do stolicy lub Porto odległość jest ta sama – po 250 km, ocean może zobaczę, ale tylko jak wyjadę na weekend i wreszcie całe miasto położone jest w górach, gdzie panuje nieco inny klimat niż chociażby we wspomnianych znanych miastach. Po przeczytaniu tego wszystkiego zacząłem się zastanawiać, czy to na pewno będzie wyjazd mojego życia i czy kilkudziesięciotysięczne miasteczko spełni moje oczekiwania jako miasto, czy znajdę tu jakieś większe sklepy, kluby i co najważniejsze, czy w ogóle ktoś tam jeździ na Erasmusa skoro to takie zadupie?

Pierwsze co zauważyłem po przyjeździe to to, że są tu prawie sami Polacy, dodatkowo nie jest nas wcale dużo, bo łącznie na kurs chodziło tylko 17 osób, warunki w akademiku są jakie są, ale ujdą. Pierwsze zdanie jakie wypowiedziałem to: „ale tu będzie nudno!” po czym nasze pierwsze spotkanie zakończyło się o 5:30 nad ranem, a do grona „samych Polaków” dołączyli Hiszpanie oraz kolega z Portugalii, który nie mógł wejść do akademika więc musieliśmy go wciągać po prześcieradle przez okno na pierwsze piętro… całkiem ciekawie, jak na pierwsze dwanaście godzin pobytu.

Pierwsze wyjście w miasto pokazywało, że jest to niestety miejsce studenckie i żyje tylko wtedy gdy są w nim młodzi ludzie. Przez pierwsze półtora miesiąca ciężko było natknąć się na kogoś nowego w swoim wieku, mimo wszystko cały tamten czas jest dla mnie wyjątkowy. Chcąc nie chcąc jakoś udawało nam się poznawać nowe osoby, więc „życie” szło do przodu. W połowie września wreszcie zaczął się prawdziwy Erasmus i wreszcie zaczęli zjeżdżać się masowo ludzie do PAC’a – naszego nowego akademika, który wyglądem przypominał nieco więzienie. Witanie się codziennie z przynajmniej dwudziestoma nowymi twarzami stało się czymś normalnym, aż  po czasie męczącym, ponieważ po raz kolejny „nie wiem jak się nazywasz, przepraszam”.

524924_540383712644373_638456204_n

Z czasem zaczęło się więcej podróży, okazało się, że jest gdzie spędzać czas nocą, a  międzynarodowe towarzystwo sprawiało, że nikt się nie nudził. W chwilę cały akademik stał się jedna wielką rodziną, w której każdy akceptował każdego takim jakim ten był. Wkrótce zdałem sobie sprawę, że jest to idealne miejsce do życia, bo jest tu tanio, bardzo nawiązać nowe znajomości, wszędzie można dojść pieszo, a gdzieś dalej dojechać autostopem i z natłoku zajęć całkowicie zrezygnowałem z oglądania piłki nożnej, więc tym bardziej brak dużego klubu przestał mi w jakikolwiek sposób doskwierać.

936867_617993924880113_96787032_n964756_542343582478644_1196537165_o

Dopiero teraz zdaję sobie chyba sprawę, że otworzyłem się na „Covi” , a ta pokazała mi to co ma najlepsze. Każdy wschód słońca jest niesamowity, a jeszcze bardziej nadzwyczajne są wchody księżyca, który w czerwcu zeszłego roku miał ogromne rozmiary, a jego kolor z krwistoczerwonego przez prawie pomarańczowy i żółty przechodził wreszcie do tradycyjnego białego. Każde drzewo, ławka czy nawet miejsce na trawniku w „jardimie”, z którego owe zjawiska idzie podziwiać ma dla mnie swoją własną historię. Im bliżej wyjazdu, tym więcej zacząłem dostrzegać – ta sama, codzienna droga na uniwersytet stała się niecodzienna, a nawet uczelniane budynki zaczęły się podobać.

1497982_682054331840901_1329804841_o

Wreszcie należy wspomnieć,  że zawsze najważniejsi są ludzie. To oni tworzą miejsce, sprawiają, że nasza rzeczywistość staje się bardziej kolorowa, a niewiarygodne jak i codzienne chwile przechodzą do historii. Tu przyjechały wspaniałe osoby, z których większość miała jakąś pasję i myślała poza schematami. Dzięki nim choć przez chwilę przestałem się zastanawiać co będzie juro, wszyscy żyliśmy z dnia na dzień. Całe moje „pierwsze wrażenie” po przeczytaniu suchych informacji z internetu prysło i można powiedzieć, że jak wiele osób będących tutaj zakochałem się w Covilhi i nie wyobrażam sobie tego, że za niecały miesiąc opuszczę to miejsce bezpowrotnie!

62322_542109912546149_1865103077_n

COVILHÃ TO RAJ DO KTÓREGO KAŻDY Z NAS TRAFIŁ PRZYPADKIEM!

Reklamy