Pierwsze kroki z autostopem

614733_433318080047862_1004658807_oO autostopie wiedziałem już od dawna. Do dzisiaj pamiętam, gdy w wieku może dziesięciu lat wracałem z centrum Gdańska i na przystanku autobusowym „Zaroślak” z tylnego siedzenia samochodu zobaczyłem, nie pierwszy raz zresztą, grupę ludzi stojących z dużymi kartonami z napisem WROCŁAW. W tamtym czasie wiedziałem, że to gdzieś na południu czyli daleko, więc od razu pomyślałem – „kto was tam szaleńcy zabierze? Idźcie na pociąg!”.

Przez kolejne kilka lat nigdy nie przeszło mi przez myśl, żeby kiedykolwiek nawet spróbować, choć wiadomo – chodząc do gimnazjum, a tym bardziej podstawówki, wiele możliwości się nie ma, rodzice wymagali żeby się uczyć, a wiek 12-15 lat nie jest do końca odpowiedni na takie przygody i paradoksalnie będąc tak młodym zaczynałem swoją pierwszą pracę i w wakacje sporo czasu spędzałem na roznoszeniu ulotek, a w trakcie roku szkolnego czas spędzałem w klubie, gdzie trenowałem tenis stołowy.

Wreszcie przyszło liceum i gdy staliśmy się już pełnoletni niektórzy znajomi mieli odwagę, żeby próbować „stopa” i wychodziło im to z sukcesem. Mowa tu o dwójce moich kolegów z przed ostatniej ławki w środkowym rzędzie w klasie od fizyki, czyli Wiktorze i Krystianie, których historie o wojażach do Chorwacji, Francji czy udziale w wyścigach autostopowych od czasu do czasu docierały i do mnie. Wtedy zacząłem zazdrościć im odwagi i świetnych przygód, ja w zasadzie poza wyjazdami w dzieciństwie na kolonie nigdy nigdzie nie byłem, jednak wciąż nie wyobrażałem sobie tego rodzaju zwiedzania, ale już wiedziałem że jest to możliwe i chyba podświadomie czekałem żeby nadarzyła się okazja, bądź ludzie którzy mnie poniekąd „złapią za rękę” i poprowadzą na samym początku.

I ta nadarzyła się na studiach. Po długim czasie załatwiania dokumentów wreszcie dostałem zielone światło zarówno od Dziekana Wydziału Mechanicznego na Politechnice Gdańskiej jak i mojej obecnej uczelni portugalskiej na wyjazd na Erasmusa. Pierwsza wielka przygoda dorosłego mnie, trwająca prawie 30 godzin z noclegiem na lotnisku w Madrycie i prawie całym dniem spędzonym w Lizbonie! Pod koniec lipca dotarłem do Covilhi, a niecały miesiąc później miała miejsce moja pierwsza przygoda z autostopem! Większość osób z kursu językowego, który odbywał się przez cały sierpień na Universidade da Beira Interior doszła do wniosku, że warto poznać trochę lepiej Portugalię i na pierwszą wycieczkę dobrze będzie pojechać do Porto. Miasto piękne, położone niedaleko – bo tylko 250 km – więc mała grupa odważnych zdecydowała się spróbować i ruszyć bez większego doświadczenia w trasę „stopem”, bo to przecież takie łatwe… Obecnie, w ciągu 24 godzin moim rekordem jest pokonanie blisko 1400 km, a tamtego pamiętnego dnia całej naszej piątce podzielonej na dwie grupy udało się przejechać… 40 km! Na szczęście w Portugalii latem jest za gorąco żeby żyć więc bez większych problemów, przykrycia i długich spodni wyspaliśmy się gdzieś na ławkach, a następnego dnia już autobusem dojechaliśmy na miejsce, a dzięki brawurowej akcji dnia poprzedniego zaoszczędziliśmy aż 1 euro na bilecie.

Tak jak jedna jaskółka wiosny nie czyni, tak jedno niepowodzenie o niczym nie świadczy. Jak wiadomo, nie ma się co poddawać czy zrażać, każdemu może nie wyjść. Drugie podejście miało miejsce prawie dwa miesiące później, w dwójkę z doświadczonym w tej dziedzinie kolegą chcieliśmy udać się do Coimbry, oddalonej o podobny dystans co Porto i ku mojemu zdziwieniu się udało! Co prawda nocleg w toalecie na stacji benzynowej do najprzyjemniejszych nie należy szczególnie gdy od 4 rano nie dało się spać bo było zbyt zimno, jednak zawsze trzeba znajdować pozytywy! Więc tym razem udało się dojechać 20 kilometrów dalej niż poprzednio, a wspomniane miejsce pamiętam za każdym razem do teraz, gdy jadę w tamtym kierunku.

Tak jak dwa lajki na fanpage’u statystyki nie czynią, tak też gdybym się przejmował powyższym progresem, to, żeby dotrzeć autostopem do pierwszego celu, potrzebowałbym jeszcze około 9 wypraw i 18 miesięcy! Jednak istnieje inne znane powiedzenie, które brzmi: do trzech razy sztuka, i w rzeczy samej tak było. Ostatnim podejściem, na które się zdecydowałem była podróż do Salamanki, o 50 km bliżej niż obie poprzednie, ale za to w Hiszpanii. Pamiętnego dnia pojechałem z koleżanką i zły czar prysnął. W zaledwie 3,5 godziny byliśmy na miejscu, a ekscytacji nie było końca. Po noclegu na CouchSurfingu następnego dnia podjęliśmy próbę ataku na Valladolid oddalone o ponad 100 km, a na stopa czekaliśmy jakieś 15 sekund!

Tamten weekend zmienił wszystko. Parę tygodni później dojechałem do Coimbry, a nowy 2013 rok świętowałem w Porto. Obecnie autostopem przejechałem blisko 27 000 km i jednym z moich obecnych celów jest dobić do 40 000, żeby „okrążyć” Ziemię.

I kto by pomyślał, że kiedyś stanę się jednym z tych ludzi, o których za dzieciaka mówiłem „szaleńcy”, a to wszystko co dawniej było niemożliwe dzisiaj przestanie cokolwiek znaczyć? Vai lá cara!

1270914_597257653653903_892037351_o